Monthly Archives: Styczeń 2014

Czemu nie piszę o Ani?

Zwykły wpis

Sama się nad tym ostatnio często zastanawiam. Zamiast więc milczeć, napiszę Wam, czemu nie piszę. Choć jeszcze nie do końca mam to poukładane w głowie.

Jak już jakiś czas temu wspominałam, dla mnie Ania około czteroletnia to zupełnie nowa historia w porównaniu z naszymi wcześniejszymi przeżyciami. Nie no, dziecko to samo, nikt go nie podmienił. Wiele wątków można by podpiąć pod motyw stałości… A jednak zmiany są.

I ja sama nie do końca nie wiem, czy wynikają z tego, że w wieku lat czterech nagle robi się łatwiej? Trochę podpiera to książka Searsów „The Fussy Baby Book: Parenting Your High-Need Child From Birth to Age Five”, którą jakiś czas temu nabyłam i pomalutku (bo wiąże się dla mnie z ogromnymi emocjami: katharsis, żałobą, pocieszeniem, a także z uświadomieniem sobie pokładów frustracji, które gdzieś tam głęboko tkwią we mnie w związku z moim dzieckiem o wielkich potrzebach)… Mowa tam o różnych zmianach, które zachodzą w tym okresie, kiedy staje się łatwiej – np. zostawić dziecko z kimś spoza najbliższej rodziny.

Poza tym Ania jest w wieku, kiedy chwilami wydaje mi się ogromnie wyrośnięta i dojrzała, a chwilami zachowuje się podobnie jak wtedy, gdy miała dwa lata i potrafiła kilkadziesiąt minut krzyczeć z nieznanego nam powodu, kiedy też nie wiedzieliśmy, jak Jej pomóc. Potem bywało lepiej, a ostatnio bywa gorzej. Przy jednoczesnym rozwoju w innych sferach…

Jednakże wiem, że masa zmian zaszła i nadal zachodzi we mnie. I z pewnością wpływamy na siebie nawzajem. Ja od paru miesięcy zajęłam się różnymi sprawami, których nie tykałam od czasu ciąży…, a także takimi, których nie chwytałam się nigdy wcześniej. Z pewnością jestem teraz bliżej siebie i swoich potrzeb niż kiedykolwiek wcześniej. Kosztem Ani? Mam nadzieję, że nie, ale na pewno ma to na nią wpływ (także pozytywny, bo myślę, że to ważne mieć obok siebie przykład kogoś, kto się rozwija, uczy nowych rzeczy, a także wreszcie troszczy o swoje zdrowie)…

Dzieje się zatem ogromnie dużo, ale bardzo trudno mi to ustrukturyzować i tworzyć mądre notki, z których wielu mogłoby skorzystać, jak kilka razy dotąd się udało. Obecnie mam wrażenie, że głównie zbieram, a siać będę… później.

Reklamy

Ach, Georges de Selve! Obiecujący dyplomata…

Zwykły wpis
Rozchorowałam się. I bardzo mnie to cieszy (jedyny sposób, by powstrzymać mnie od pożytecznych rzeczy). Czytam prezent świąteczny od Rodziców i słucham go, i oglądam. Książka marzeń – I. Grabska, D. Wasilewska „Lekcja historii Jacka Kaczmarskiego”. Polecam bardzo. W moim codziennym życiu od kilku lat mało jest poezji, a przecież poezja w ogromnej mierze uczyniła mnie kim jestem. Mało obrazów, mało spraw niepilnych i niepragmatycznych. Bo nawet zabawy są czterolatki, nie moje. A dziś Ania u Babci, a ja słucham, patrzę, czytam. I czuję wielką radość, że mogę. Dziękuję Bogu za katar i zawalone zatoki:) W promocji posłuchajcie uważnie Ambasadorów. Nigdy wcześniej nie zwróciłam na ten utwór uwagi.

Czuję wielką wdzięczność. Już wyjaśniam, czemu.

Otóż dawno, dawno temu, w czasach, które w moich wspomnieniach należą do „najlepszych” (możliwe, że nie do końca słusznie, podejrzewam, że może być w tym kilo idealizacji przeszłości), słuchałam muzyki, oglądałam obrazy, czytałam poezję… Potem poszłam na dwa kierunki studiów naraz, zachorowałam na depresję, zajęłam się masą ważnych spraw: nauką, pracą, domem… No i gdzieś się w tym wszystkim zgubiłam. Wspominając Agnieszkę z czasów liceum, czułam rozgoryczenie, jakieś niespełnienie, stratę. Choć jednocześnie robiłam wiele i osiągałam sukcesy. Trzy fakultety, świetnie wyniki, studia doktoranckie…

Potem udało mi się zostać mamą i to mamą bardzo potrzebującego dziecka… I wtedy czułam rozgoryczenie, że nie da się połączyć macierzyństwa, jakiego moja Córka potrzebuje, z pisaniem doktoratu, że nie mam czasu nawet poczytać książek, a co dopiero coś napisać, tworzyć… Z drugiej strony coraz bardziej fascynował mnie ten świat: relacji, dialogu, porozumienia – który przecież, jako dialogistka-teoretyczka, zgłębiałam na studiach. Raz mnie to pocieszało, raz nie.

A dziś po prostu jestem chora i wybrałam leżenie w łóżku i poezję, i obrazy dawnych mistrzów interpretowane przez mojego ukochanego Kaczmarskiego. Zupełnie niepragmatycznie, bo pragmatycznie to zajęłabym się portalem Bliska wiara, zaległościami z pracy (tymi, które da się obsłużyć na komputerze, leżąc w łóżku). Napisałabym o Ani, bo taki mam od dawna plan – z poczucia winy, że tak dawno nie pozostawiam Wam tu żadnych wychowawczych mądrości.

Ale wybrałam Kaczmarskiego. I znów, zamiast czytać wszystko po kolei, słucham w kółko tych „Ambasadorów”. I słyszę, jak bardzo to o mnie – tej genialnej studentce z wynikami:) Tylko że u mnie na podłodze nie ma czaszki. U mnie jest życie. Prawdziwe. Ludzie, relacje.

I ja także zaczynam się odnajdywać. Przeczuwam, że da się odnaleźć jeszcze tamte stare Agnieszki i że nie pożałują, jak nauczą się od obecnej uważności na drugiego, cierpliwości, nieoczekiwania sukcesów.

Nie wiem, czy kiedyś napiszę doktorat. Naprawdę nie wiem. Ale wiem, że moje życie ma ogromnie wiele sensu i codziennie uczę się tyle nowego i mogę się dzielić z innymi tym, co dostaję. A czasem, znienacka zmożona chorobą, uczę się, że ta poezja też jest ważna, nawet jak nikomu na nic się nie zda. Bo mój wewnętrzny świat też może sobie czasem się ubogacić o nowe barwy.

Straszliwie mnie rozradowało to memento mori.

Dobrze mi z tym wszystkim. I tyle Wam właśnie dziś chcę napisać.