Delikatne dziecko

Zwykły wpis

Tym, którym takowe dano – na osłodę, tym, którzy nie mają – by lepiej rozumieli…

Wczoraj spotkała mnie wielka radość – uczestniczyłam po raz drugi w moim życiu w webinarium (czyli internetowym seminarium) z Agnieszką Stein. Ale jeszcze większa radość wiąże się z tematem: „Delikatne dzieci”. W sumie nie dowiedziałam się za wiele nowego, bo z delikatnym, wrażliwym dzieckiem mieszkam pod jednym dachem już ponad cztery lata…, ale wreszcie opowiedział mi o tym ktoś kompetentny i to w sposób uporządkowany.

Chciałabym podzielić się tu kilkoma sprawami, które dla mnie były najistotniejsze (i najbardziej utwierdzające w przekonaniu, że dobrze towarzyszę mojej Córce) – część zasłyszana, część to moje interpretacje i refleksje:

  • niektóre dzieci po prostu rodzą się bardziej wrażliwe; jest ich ponoć ok. 20%;
  • wrażliwe dzieci można często poznać po wyglądzie – Agnieszka wspominała o dwóch typach, moja Córka jest zdecydowanie jednym z nich: delikatnym, które długo nie miało porządnych włosów, które ma nadwrażliwą skórę z alergią na kosmetyki (wiecie, że układ nerwowy i skóra tworzą się z tych samych tkanek?);
  • wrażliwych dzieci nie należy przerabiać na niewrażliwe;
  • wrażliwe dzieci często łączą w sobie cechy High Need Baby (mój ukochany termin zaproponowany przez Searsów, dzięki któremu zrozumiałam, że moje dziecko po prostu takie jest i że takie dzieci się zdarzają), problemy z integracją sensoryczną, introwertyzm i jeszcze kilka innych cech, które idealnie pasują do mojej Córki;
  • wrażliwe dzieci bardzo dobrze wiedzą, czego potrzebują, i bardzo mocno to okazują – z jednej strony łatwo to dostrzec, z drugiej czasem trudno te komunikaty zrozumieć, ponieważ odbiegają od tego, jak zachowują się w podobnych sytuacjach inne dzieci;
  • wrażliwe dzieci w zetknięciu z presją robią się zwykle jeszcze bardziej nieustępliwe, a jeśli ustąpią, to czują się z tym bardzo źle;
  • gdy dobrze odpowiadamy na ich potrzeby, wrażliwe dzieci są szczęśliwe i radosne;
  • delikatne, wrażliwe dzieci niesamowicie wyczuwają nastroje osób wokół, zwłaszcza najbliższych – im bardziej zaniepokojony czy nieobecny emocjonalnie rodzic, tym trudniejsze zachowania dziecka;
  • … – jeszcze wiele innych mądrych rzeczy usłyszałam.

To, co mocno sobie wczoraj uświadomiłam, to to, że dzieci takie jak moja Ania, przyczyniają się zdecydowanie do rozwoju i propagowania Rodzicielstwa Bliskości. Z innymi dziećmi może się udać dogadać innymi metodami, z wrażliwcami – marne szanse. Podobnie twierdzą Searsowie (twórcy terminu Attachment Parenting, wspaniali amerykańscy pediatra i pielęgniarka, rodzice ośmiorga) – Rodzicielstwo Bliskości zaczęło im świtać, kiedy urodziło się ich czwarte dziecko, bardzo wymagające i wrażliwe (stąd też termin High-Need Baby).

Jeśli będzie organizowana (mam nadzieję, że będzie) kolejna edycja tego webinarium, bardzo wszystkich zachęcam do udziału! Zwłaszcza rodziców „delikatnych dzieci”, ale także innych, którzy chcieliby lepiej zrozumieć pozornie dziwaczne zachowania cudzych dzieci.

Szukajcie na stronie albo profilu facebookowym. Robię im darmową reklamę, bo naprawdę warto!

Dziś szczególnie mi się to upewnienie, że sposób bycia Ani nie jest moją winą i że dobrze z Nią postępuję, przydało. Przy parunastominutowej dzikiej rozpaczy/histerii/awanturze w przedszkolu z powodu niewłaściwej kurtki, złego ułożenia parasola i jeszcze paru innych zdawałoby się znośnych spraw… Już nas z tego znają, że Ania w szatni czasem dostaje brzydko mówiąc szału… Nauczyłam się nie przejmować tym, co kto sobie myśli, tylko po prostu wspierać. Rozebrałam się do koszulki (Ania sama mnie o to poprosiła), żeby być bliżej przytulając i spokojnie próbowałam z Nią rozmawiać. W końcu zdecydowałam, że wychodzimy (bez kurtki, mimo uwag pani woźnej itp), na dworze był ciąg dalszy tego wybuchu negatywnych emocji, a w końcu jakoś przeszło… Udało mi się nie zdenerwować i nie być niedobra dla dziecka, któremu ewidentnie było źle, choć tak naprawdę trudno powiedzieć, czemu, i samo powtarzało: „Nie wiem, co mi jest, uspokój mnie”…

Czasem bycie mamą delikatnego dziecka jest koszmarnie trudne. Moim zdaniem bardzo ważne, by trudu sobie jeszcze nie dokładać, np. przejmując się, że to nasza wina albo słuchając złych doradców. To bardzo ważne, by w relacji z wrażliwym dzieckiem ćwiczyć uważność i być przekonaną do swoich obserwacji – nawet jakby otoczenie radziło inaczej. Podam przykład. Niedawno byliśmy na przyjęciu, które bardzo cieszyło Anię. W pewnym momencie jednak, po jakichś 2 godzinach, zaczęła być bardzo niespokojna, kłócić się o wszystko. Widziałam, że ma po prostu za dużo bodźców i podejrzewałam, że jest głodna (nie było do jedzenia nic, co lubi). Uznaliśmy z Mężem, że trzeba po prostu iść. No ale w takiej sytuacji Ania krzyczy na całe gardło, że iść nie chce. Koleżanka w dobrej wierze zwracała mi uwagę, że moje dziecko mówi, że nie chce iść – miałam wrażenie, że wychodzę na matkę-potwora. Niosłam Anię na rękach, Ona krzyczała na całą restaurację, ludzie patrzyli ze współczuciem (nie jestem pewna, dla kogo)… Po wyjściu na dwór w kilka chwil Ania uspokoiła się. Dokładnie tak – tam było za głośno, za dużo osób. Wróciliśmy do domu i było dobrze. Po jakimś czasie się wie. Warto być dobrym dla siebie i dla dziecka i wybierać to, co działa, a nie to, co wydaje się „powinniśmy”. Zresztą co można by zrobić przy tych krzykach w restauracji czy dzisiejszej aferze w szatni? Ktoś mógłby myśleć, że dziecko próbuje coś wymóc, wymusić itp. A moje dziecko po prostu dosłownie i w całym tego słowa znaczeniu sobie nie radzi i nie panuje nad sobą. Trzeba po prostu dać mu, ile się da, i pomagać się uspokoić.

Bardzo, bardzo trudne, zwłaszcza w miejscach publicznych. Ale da się i czasem przychodzą chwile, kiedy czujesz, jak bardzo dużo otrzymujesz w zamian. Wrażliwe dzieci bardzo okazują miłość.

Advertisements

About lovespatient

Zakładam bloga już n-ty raz w moim nie aż tak długim życiu. Zawsze wtedy, gdy czuję się na tyle zakręcona, że ufam, że pisanie pomoże mi się odkręcić. Jak widać z faktu, że po jakimś czasie każdy zarzucam, chyba (trochę) pomaga.

10 responses »

  1. Bardzo,ale to bardzo dziękuje ci za ten temat. Od czasu do czasu podczytuje twoj blog. I dzis muszę sie wypowiedzieć. Jestem mamą takiej małej wrażliwej córeczki. I cały czas wychowuje ją instynktownie mimo że wiele osób myśli, że jestem stuknięta. Cały czas zastanawiam się czy postępuję właściwie i czy to się kiedykolwiek jej zmieni. Zawsze słucham mojej córki. Czasem mam tylko dość. Ale staram się nie załamywać. Dzięki temu,że czasem chronię ja przed niektórymi wizytami itd widzę jak moja mała robi postępy. Niestety jest jej trudno bo widze że dzieci sie nie boi ale boi sie tego co zamierzają zrobic. Może chcą dotknąć a może nagle biec. Wtedy jest spięta i woli bawić sie sama mimo że chciałaby bawić sie w grupie. Wiem że ma dopiero 2,5 roku, ale widze jaka chciałaby byc towarzyska tylko strach jej przed tym przeszkadza. Dzięki temu co napisalas wiem, że też postępuję dobrze. I za to jeszcze raz dziękuje.

    • Wybaczcie, ale czasem zastanawiam się na ile ta wrażliwość / nadwrażliwość jest powodowana przez nas – rodziców. Mój syn jeszcze w okolicach pierwszych urodzin na imprezach (szczególnie tych dziecięcych) był mega wrażliwym dzieckiem – na hałas, ścisk i panujący przy tej okazji gorąc (prowadzę tzw. chłodny wychów). Ostatnio spotkaliśmy się w większym gronie ze znajomymi którzy mają dwójkę dzieci (1,5r i 4 lata). Istne demony. Latają, krzyczą, wysypują zabawki, rzucają nimi, ciągają za włosy. Dotychczas spotkania z tymi dziećmi (ostatnio jakieś pół roku temu) były dla mojego syna strasznym stresem – nawet u nas w domu, czyli w “bezpiecznym” otoczeniu. W miniony łikend było inaczej – bawili się razem, czasem coś sobie zabrali (mój syn wszedł w etap wyodrębniania swoich zabawek i walczenia o nie), ale ku naszemu zdziwieniu zamiast – jak dotychczas – siedzieć na podłodze tulić syna, kołysać i ocierać jego łzy, my dorośli, siedzieliśmy przy stole i rozmawialiśmy. Niesamowite! Co się zmieniło między naszymi ostatnimi spotkaniami? Wprowadziliśmy się do domu w którym są jeszcze dwie dorosłe osoby – często też przewijają się inni ludzie. Chodzimy raz w tygodniu na zajęcia dla dzieci, gdzie Młody bawi się z innymi/przy innych dzieciach. Wcześniej (przez pierwsze 9 miesięcy życia) był tylko ze mną w domu “na końcu świata”, w okolicy w której nikogo nie znałam, więc też było pusto – nikt do nas nie zaglądał.
      Teraz mój prawie dwulatek świetnie odnajduje się nawet na hucznych imprezach dla dorosłych. Trzeba go tylko rozebrać prawie do pieluchy, żeby się nie zgrzał, bo zaczyna latać jak szalony i wybranych angażować w zabawę z nim. Ale nie jest nerwowy. Już nie widzę, żeby tłum i hałas powodował w nim stres.
      Zastanawiam się czasem, czy rodzice “wrażliwych dzieci” (nie chcę zaprzeczać ich istnieniu), trzymając je zbyt blisko nie potęgują tej wrażliwości. Albo też: Czy wrażliwe dzieci (w dużej mierze) nie biorą się stąd, że całe dnie spędzają tylko z matką, która bardzo im się przygląda i na wszystko reaguje nie dając im działać samodzielnie? Na ile często delikatne dzieci zdarzają się wśród kolejnego rodzeństwa? Czy częściej nie są one tymi pierwszymi “wychuchanymi”?

      • Mam chwilę:) Twój komentarz jest dla mnie ważny i ciekawy. Myślę, że jest w nim ziarno prawdy, ale nie cała prawda. Z pewnością zgodzę się z tym, że dzieci się zmieniają. Pytałaś: „Co się zmieniło między naszymi ostatnimi spotkaniami?”. Podałaś odpowiedź, co się zmieniło u Was, i w to wierzę. Ale bardzo możliwe jest też to, że po prostu upłynął czas. Moje nadwrażliwe dziecię też coraz lepiej sobie radzi i pewne rzeczy, które były dla Ani nie do przeskoczenia parę miesięcy temu, teraz są banalne. Dzieci rosną i rozwijają się, coraz lepiej sobie radząc. Także te „delikatne”, choć ich rozwój jest nieraz nieharmonijny.
        Mogę się też zgodzić z tym, że błędem jest trzymanie wrażliwego dziecka pod kloszem. Jednakże nie zgadzam się – przynajmniej bazując na własnym doświadczeniu – że przyczyną wrażliwości jest brak urozmaiconego życia i nadopiekuńcza mama. Moja Córka od pierwszych chwil życia nie lubiła, jak się dużo działo. Ja miałam chęć na bujne życie towarzyskie, ale Ona nie. Nie było szansy, by dała się dotknąć obcemu, samo patrzenie na Nią potrafiło wywołać wybuch płaczu, a hałas – np. kichnięcie dwa pokoje dalej – zupełnie Ją rozbudzał. A w słoneczne dni strasznie nie chciała być na dworze.
        Kiedy miała 3 lata, trafiliśmy na diagnozę SI i wyszła u niej nadwrażliwość na dotyk, dźwięk i światło. Co ciekawe, zalecenia (prócz konkretnych ćwiczeń) były takie, by wystawiać dziecko na działanie tych bodźców, np. zabierać w hałaśliwe miejsca – ale, to bardzo ważne, wiedzieć, że to dla dziecka niekomfortowa sytuacja i że ma trwać krótko i po niej należy się solidny odpoczynek. Nie należy też oczekiwać, że dziecko z nadwrażliwością słuchową będzie się „dobrze” zachowywać w hałasie itp. Przedszkole? W porządku, ale nie za długo. W dodatku trzeba w przedszkolu zapewnić możliwość wyciszenia, nie wymagać uczestnictwa w zabawach z dotykaniem itp. To wszystko przychodzi bardzo pomału. Jak się ma takie dziecko, to się widzi, jak się nie ma, to pewnie trudno uwierzyć, że one takie po prostu są.

  2. Mój 5-letni syn właśnie taki jest. Czasem wydawało mi się, że potrzebuje mnie jak powietrza i czasem zdażało się, że się dusiłam w tej jego potrzebie. Kiedy ja się „dusiłam”, przestawałam być obecna, marząc o przestrzeni, mój syn wpadał w panikę i jeszcze bardziej łapczywie mnie chwytał. Poziom trudności nieraz mnie przerastał, ale na szczęście – jak widzicie – piszę w czasie przeszłym, bo wiele się zmieniło. Zmienił się przede wszystkim mój poziom świadomości i samoświadomości. Przestałam szukać przyczyny – zaburzenia (niestety dopiero po przeciągnięciu go przez diagnozy SI, neurologów i najlepszych od Zespołu Aspergera). Spojrzałam na synka świeżym okiem i postanowiłam nie szukać wytłumaczenia. Właściwie jedno wytłumaczenie sobie zostawiłam – moje dziecko jest moim najdoskonalszym mistrzem, właśnie takiego potrzebowałam. Jest cudowny. Ogromna wrażliwosć objawia się nie tylko w trudny sposób. Niemal każdego dnia syn wprawia mnie w osłupienie swoim dojrzałym i wzruszającym odbiorem świata, empatią, zrozumieniem dla moich uczuć i odczuć… Czasem mam wrażenie, że jest emocjonalnie genialny 🙂 zresztą intelektualnie też. Dzięki niemu przechodzę najpiękniejszą drogę samorozwoju, w ktorej coraz bardziej odnajduję siebie, swoje pasje i możliwości. Mój syn otwiera mnie na świat, mnie -do niedawna samotnika, indywidualistkę nie lubiącą ludzi, obecnie – społecznika, wywracającego świat do góry nogami, żeby ludziom było trochę lepiej. Dzięki niemu przeczytałam niezliczoną ilość książek o komunikacji bez przemocy, rodzicielstwie bliskości, poszukiwaniu siebie, odpuszczaniu dzieciom, edukacji wolnościowej, kreowaniu rzeczywistości myślą… 😉 Dzięki niemu idę najpiękniejszą drogą, choć czasem w wielkim zmęczeniu, ale czuję w niej głęboki sens. Stosuję najcieplejszy chów z możliwych 😉 (piszę tak, odnosząc się do zimnego, choć słowo chów bardziej kojarzy mi się z kurami… których również okrutnie mi żal…). W końcu dociera do mnie, że nasze dzieci są naszymi zwierciadłami – im bardziej zadbam o siebie, szczerze i otwarcie spojrzę z uśmiechem, tym piękniejsze i łatwiejsze w odbiorze odbicie widzę 😉

  3. Tak, są dzieci niewłaściwie poprowadzone przez rodzica. I wtedy wrzeszczą, biegają, rozrabiają, itd. Ale też są dzieci nadwrażliwe (to są pewne zaburzenia natury sensorycznej,itd.) i nie jest to kwestia złego wychowania (!). Lecz trzeba być bardzo dobrym i czynnym obserwatorem dziecka, wtedy będzie się wiedziało, z kim mamy do czynienia.

    Moje pierwsze dziecko właśnie takie jest – nadwrażliwe. Drugie dziecko – zupełnie inne. Mój nadwrażliwiec jako niemowlę było zupełnie inne, jak zaczęło płakać to płakało i płakało, darło się jakby go ze skóry obdzierano. Ja wymiękałam, oddawałam mojemu mężowi który z natury jest skałą spokoju, i on w pewnym momencie wymiękał też i wtedy ja mając już siły, brałam. I w końcu uspokajał się. Mieszkający za ścianą, posądzali nas o bicie dziecka, trochę.. przykrości otrzymałam od nich, zaczęłam się bać we własnym mieszkaniu, mąż też był spięty… w końcu z jakiś innych przyczyn wyprowadziliśmy się z naszego mieszkania i zaczęłam w nowym miejscu odpoczywać od presji i kontroli (powoli w tamtym mieszkaniu fiksowałam z nerwów i przemęczenia..).Tu doświadczyłam od ludzi akceptację i ciepło. To ważne, to kluczowe dla małżeństwa, dla relacji z dzieckiem, żeby mieć spokój w domu, że żadna teściowa czy ktoś inny nie będzie atakował, wtrącał się itd.To rodzi napięcia i przenoszą się one na życie i relacje tworząc „raki” niszczące nasze relacje i psychikę.

    Rozumiem, co to znaczy nadwrażliwe dziecko (choć te nadwrażliwości mogą być pewnie różne) i rozumiem problemy, jakie wiążą się z tym.
    Ja nigdzie nie chodziłam do psychologów,ale zachęcam do dobrych, zaufanych. Natomiast modliłam się dużo i starałam się poznać swoje dziecko dobrze, rozważać jego psychikę, reakcje.
    Moje dziecko, kiedy poszłam rodzić drugie dziecko, tak rozłąkę ze mną przeżył mocno, że choć NIC NIE BYŁO PO NIM WIDAĆ W TYCH PARU DNIACH, doświadczył jednak tak głębokiego urazu poczucia bezpieczeństwa paraliżującego na wiele miesięcy. Od tego dnia zaczął mieć lęki nocne – często w nocy przez sen płakał, wił się, kopał, wrzeszczał. To było naprawdę trudne dla nas… Znalazłam w końcu duchownego obdarowanego w dar Boży uzdrawiania i moje dziecko przestało miewać nocne lęki.
    Przez tę rozłąkę stał się też „tatusiowy”-tulił się tylko do niego, a mnie trochę jakby odrzucał.Rozumiem to w ten sposób, że gdy mnie nie było przez te parę dni, to ta rozłąka spowodowała uraz w jego poczuciu bezpieczeństwa, więc z powodu urazu w poczuciu bezpieczeństwa w tym czasie „zakleszczył się” w tatę mocno. Mieliśmy naprawdę wieeele trudnych dni.. , a potwornie potęgowało problemy moje wyczerpanie organizmu i problemy z bezsennością,które mnie trapiły. Byłam po prostu przeorana przez te pierwsze lata. Mój syn też zaczął bać się lekarzy (przez pobyty w szpitalach-badania różne). I jak miał 3lata, zachorował na jakąś tragicznie wredną grypę żołądkową i mąż musiał pędem zabrać go do szpitala by ratować go. Tam strasznie przeżył pierwsze dni w szpitalu-płakał, wył,nie pozwalał na kroplówki, zachowywał się jak dzikie zwierzątko myślące że chcą mu zrobić krzywdę. Tylko moje dziecko tak zachowywało się na oddziale, inni rodzice współczuli i przynosili zabawki mu.Kiedy przyszłam pierwszy raz do szpitala (mój mąż był z nim w szpitalu, ja musiałam zostać w domu,bo drugie dziecko było za małe jeszcze na rozstania i karmiłam je piersią) to mój syn w tym strachu przez szpital jakby mnie nie poznawał. Byłam przerażona. Prosiłam lekarki o środek na uspokojenie i wreszcie dostał od nich ten lek.Mężowi w nocy jedna pielęgniarka utrudniała uspokojenie dziecka, tworzyła trudności przez urzędnicze podejście i brak zrozumienia.Pamiętam, gdy zobaczyłam dziecko w tamtym stanie…, zrozumiałam, że za chwilę może ono nabyć jakiś poważny uraz psychiczny..jakiś element choroby psychicznej. Do dziś mam łzy, gdy wspomnę ten czas, ten jego lęk i zachowanie. Widziałam, że on jest w warunkach za trudnych dla niego.Natychmiast poprosiłam wiele ludzi o modlitwę i cały kościół – i wiecie co, następnego dnia nikt nie poznawał mojego syna, mój syn był spokojny, bawił się, chętnie chodził po zmianę opatrunku! Ba! Nawet od tego dnia zmieniło się na całym oddziale. Rodzice zaczęli być bardziej aktywni na oddziale i razem bawić się, dmuchać balony,itd.było od tego dnia dużo radości na oddziale. I był to jedyny taki oddział, gdzie było tak radośnie, że aż za głośno… 🙂 Moje dziecko zaprzyjaźniło się momentalnie z innymi dziećmi. Widziałam Bożą odpowiedź! A gdyby ktoś nie wierzył jeszcze dopowiem.Gdy moje dziecko trafiło tam na oddział, podłączono go do kroplówki i dali mu jakiś lek. Ale okazało się, że jest na to uczulony-na całym ciele zaczęły wyskakiwać bąble.Mój mąż powiedział pielęgniarce i czekał na lekarza..w między czasie zdzwoniliśmy się i on mi o tym powiedział. Więc co ja zrobiłam?Natychmiast zadzwoniłam i zaesemesowałam do przyjaciół i znajomych wierzących prosząc o pilną modlitwę. I gdy lekarz przyszedł, moje dziecko było już bez bąbli, uzdrowione z alergii. Więc spokojnie mogło dalej przyjmować lek! 😀
    Jakie jest dzisiaj moje dziecko? Spokojne, często słuchające się, ale.. oczywiście jak poczuje kroplę wody na koszulce to musi zmienić, bo to mu aż tak przeszkadza, no i różne inne rzeczy.. Moje dziecko, zauważyłam, jest też jak na swój wiek w niektórych aspektach dojrzalsze niż dzieci w jego wieku. Jest mocno zainteresowane Bogiem i rozmawia czasem o rzeczach trudnych jak na takiego małego dzieciaczka. Pamiętam jak miał ze 3latka i pytał mnie o tematy związane z Bogiem, zaufaniem Mu i Krzyżem. I w pewnym momencie tak się zamyślił i powiedział, że „wiesz mamo, ja jeszcze tego nie rozumiem”.
    Moje dziecko ma też bardzo silną osobowość, silny charakter, przewodzący innym. Więc jego naturalną wadą będzie bunt i niezgoda. Dużo daje rozmowa.
    Moje drugie dziecko jest zupełnie inne, nie jest nadwrażliwcem, jest łatwym dzieckiem do wychowywania.O takie własnie się modliłam, bo naprawdę było mi trudno przy pierwszym dziecku. Gdy byłam w ciąży z pierwszym, modliłam się o dziecko z silnym charakterem, takim żeby nie ulegał wpływom innych w wieku nastoletnim i w dorosłości.Prosiłam też o wrażliwość dla syna. No i mam chyba wszystko co chciałam, tylko że nie wiedziałam wtedy, że jako małe dziecko to naprawdę trudny gatunek do wychowania 😉
    P.S. Ale ileż Bóg ma z nami do roboty,to uha ha! Zaczęłam pojmować wielkość cierpliwości Ducha Świętego i Jego ogrom pracy…i męczarni z nami 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s