A kiedy zmieniam decyzje?

Zwykły wpis

Widzę bardzo pozytywny odzew na mój wczorajszy wpis o tym, że dla mnie rodzicielstwo to nie jest „wychowanie bez frustracji”. Cieszy mnie on i dziękuję za niego.

Napisawszy wczoraj notkę i przeczytawszy ją po jakiejś chwili ponownie, pomyślałam, że wymaga kilku dopowiedzeń. Może wymagać, zwłaszcza dla czytelnika niezwiązanego z Rodzicielstwem Bliskości. Szczerze mówiąc, zdziwiłam się nawet, że nikt mi jeszcze tego nie wytknął, ale pewnie dla rodziców podobnych do mnie jest jasne, że generalnie podejmując decyzje biorę dziecko pod uwagę, a jeśli czytali to fani innych nurtów mogli ucieszyć się, że nawet matka „bliskościowa” nie zmienia zdania, gdy dziecko płacze.

A to nie do końca tak i myślę, że warto wyjaśnić, kiedy i czemu zmieniam albo nie zmieniam decyzji.

Wczoraj napisałam, że zazwyczaj nie zmieniam decyzji pod wpływem niezadowolenia dziecka. Jest to chyba prawda. Ale wymaga wyjaśnienia to, że decyzje podejmuję biorąc pod uwagę potrzeby tegoż dziecka. Moje decyzje nie są autorytarne i nastawione na realizację jakiegoś modelu, na manipulację dzieckiem, na udowadnianie czegoś. Staram się, by nasze wspólne życie jako rodziny uwzględniało jak najwięcej potrzeb każdego z nas: moich, Męża, Ani, żeby brało pod uwagę także potrzeby innych wokół. Oczywiście nie da się wszystkich spełnić naraz, ale decydując staram się brać pod uwagę innych. Jednym z tych najważniejszych innych jest moje dziecko.

Bardzo podoba mi się schemat, jaki przedstawia na swoich warsztatach Jarek Żyliński: potrzeby dziecka, potrzeby rodzica, sytuacja – jako trzy ramiona trójkąta.

Dlaczego zwracam na to uwagę? Dlatego by było jasne, że nie chodzi mi we wczorajszym wpisie o sytuacje, kiedy potrzeby dziecka nie są brane pod uwagę, a rodzic i tak „będzie konsekwentny” i żadne żale, prośby ani łzy tego nie zmienią.

Kiedy nastawiam się na potrzeby: moje, dziecka, innych, to także protesty i żale widzę przez ten pryzmat. Ania smuci się, złości, wścieka, denerwuje, bo czuje, że jakaś Jej potrzeba jest niezaspokojona. Znając Ją już prawie 4 lata po tej stronie brzucha, dość szybko umiem się zorientować, jaka to potrzeba. Bardzo często nie dotyczy ona wprost przedmiotu „sporu”. Nie chodzi najczęściej o konkretną rzecz, zabawkę, miejsce, osobę. Chodzi raczej o niezaspokojone poczucie bycia dostrzeżoną, o pośpiech, o niewysłuchanie do końca, o brak poczucia bezpieczeństwa (np. gdy zaczyna się o wszystko wściekać i kłócić, kiedy wie, że niedługo przyjdzie do nas gość – nie chodzi wtedy o to, że chce co innego na śniadanie, chce bawić się czym innym itp., choć to czasem mówi; dopiero gdy nazwę sprawę: „Denerwujesz się, że przyjedzie X? Nie wiesz, jak to będzie wyglądało”, dochodzimy obie do tego, co się dzieje i zwykle działa przytulanie i chwila rozmowy, a nie zmiana menu śniadaniowego, planów i zakup czekolady:)…

Po jakimś czasie z dzieckiem się to z większą czy mniejszą celnością wyczuwa.

Tak, to jest chyba kolejna różnica między wychowaniem opartym na więzi a innymi modelami. Tu naprawdę słucha się dziecka. Słucha się tego, co mówi, jak się zachowuje, obserwuje się je na tyle często i dużo, że wie się, że zawsze chodzi mu o coś ważnego, nawet jak robi awantury o błahostki.

Bywają jednak sytuacje, kiedy zmieniam zdanie także w sprawie tych „błahostek”: co kupić, gdzie i czym się bawić, czy wyjść już z domu, czy można by dziś wyjątkowo nie iść do przedszkola itp. Czym się wtedy kieruję?

To trudne pytanie, bo chyba trzeba rozłożyć na składniki pierwsze coś, co jest całością: intuicję przede wszystkim. Ale kilka spraw wydaje mi się jasnych i podstawowych. Wypiszę je w punktach w kolejności, w jakiej mi przyszły do głowy, nie zawsze jest to hierarchia wartości czy ważności. Zatem biorę pod uwagę, prócz potrzeb dziecka (sprawy dotyczą potrzeb innych i sytuacji):

  • bezpieczeństwo – ochrona życia (i w jakiejś mierze, ale bez przesady, zdrowia) – nie dyskutuję w sprawie wbiegania pod auto czy biegania obok otwartego piekarnika; ale też znając moje dziecko wiem, że nie trzyba go szarpać odciągając od ulicy i że gdy Babcia tak zrobiła, to mogło być nieźle wkurzone;
  • konieczność pośpiechu – czasem naprawdę nie ma czasu słuchać, dyskutować, zmieniać zdania; biorę wtedy płaczące dziecko pod pachę i pędzę na tramwaj, potem się jakoś dogadamy; ale – takich sytuacji naprawdę nie ma aż tak wiele i nie mogą być częstą wymówką dla rodzica; gdyby to było codziennie, to trzeba by zacząć od rewizji, na ile to możliwe, planu dnia, a nie od szukania problemu w dziecku, które nie nadąża;
  • jakie znaczenie może mieć dla nas dana sprawa – czy chodzi o decyzję wiążącą nas wszystkich na dłuższy czas czy jakąś jednorazową sprawę;
  • czy Ania może się czegoś nauczyć przez sam proces podejmowania decyzji, widząc, że ją rozważamy, dyskutujemy, czy chodzi o jakiś drobiazg, w sprawie którego ja naprawdę mogę odpuścić i mniej kosztuje mnie zmiana decyzji niż uzasadnianie jej – przecież wiele spraw dotyczy takich moich potrzeb, które mogę zaspokoić inaczej;
  • bardzo ważne – jawna i oczywista krzywda innych. Nie ma we mnie zgody na to, by zabrać komuś jego rzecz, niereagować na „nie” ze strony innego dziecka itp. Mojej Ani to mało dotyczy, bo Ona bardzo, bardzo sporadycznie narusza czyjeś granice; ale gdyby spór dotyczył tego, nie ma tu dla mnie dyskusji – chyba nawet bardziej niż w sprawie ochrony zdrowia; niewypity syrop albo potłuczona noga martwią mnie mniej niż krzywdzenie innych np. zmuszaniem do zabawy, której nie chcą, naruszaniem fizycznych granic, zabieraniem własności (ale jestem na to wyczulona, bo zwykle to granice mojego dziecka się narusza).

Na pewno czynników jest więcej. Chętnie przeczytam, jak to widzą inni.

Podsumowując, jeśli nie zmieniam decyzji, to zwykle dlatego że oceniam (mniej więcej wedle powyższych punktów), że nie mogę zrobić tego, co chce Ania. Ale jednak szukam, jaka potrzeba za danym protestem stoi i myślę, jak ją zaspokoić. Nie zawsze się da, nie zawsze mam pomysł, nie zawsze wybieram zaspokajanie potrzeby dziecka zamiast na przykład mojej własnej, i wtedy mogę dać tylko empatię. Ale nieraz okazuje się, że empatia prowadzi do rozwiązania wielu sytuacji zapalnych, bo ona sama zaspokaja wiele naszych potrzeb.

Jestem zdecydowanie przeciw sztywności i niebraniu pod uwagę dziecka w podejmowaniu decyzji. Ale też biorę odpowiedzialność za swoje decyzje, także błędne. Nie czuję, że muszę ich bronić za wszelką cenę. Mogę się wycofać, mogę się nie wycofywać. To będzie moja odpowiedzialność. Kiedy jest we mnie i widzę, że także w sytuacji, przestrzeń na weryfikację decyzji, to weryfikuję. Kiedy nie ma (albo nie widzę), to ponosimy wszyscy Jej konsekwencje, także w postaci trudnych emocji.

Reklamy

About lovespatient

Zakładam bloga już n-ty raz w moim nie aż tak długim życiu. Zawsze wtedy, gdy czuję się na tyle zakręcona, że ufam, że pisanie pomoże mi się odkręcić. Jak widać z faktu, że po jakimś czasie każdy zarzucam, chyba (trochę) pomaga.

10 responses »

  1. Bardzo, bardzo jest mi bliskie Twoje podejście.
    Mam obecnie małą zagwozdkę wychowawczą, dotyczącą właśnie tych spraw, które trzeba brać pod uwagę obok potrzeb dziecka, a czasami niestety przed nimi takich jak bezpieczeństwo, pośpiech itp. Mój Staś ma dopiero 20 miesięcy, wielu rzeczy jeszcze nie rozumie. Czy wypowiedziane bardzo stanowczym tonem „nie wolno!” (czasem na granicy krzyku), lub zastosowanie siły (odseparowanie siłą od osoby, którą dźgnął palcem w oko i danie do zrozumienia stanowczym tonem, że nie akceptujemy takiego zachowania) – czy to już jest jakiś rodzaj przemocy słownej, używanie argumentu siły, czy po prostu całkiem naturalna reakcja na sytuacje zagrożenia? Czy są jakieś alternatywy komunikacyjne w takich sytuacjach, kiedy etap rozwojowy dziecka nie pozwala jeszcze na zaawansowaną perswazję? Trochę jestem zagubiona i brak mi takich całkiem praktycznych porad jak się zachowywać w takiej sytuacji nie raniąc dziecka krzykiem i nie stosując zawiłej komunikacji werbalnej, jaką czasem podsuwają orędownicy porozumienia bez przemocy np.
    Jak czujesz?…

  2. Nie jestem znawczynią Porozumienia bez Przemocy, ale na tyle, na ile je rozumiem, w sytuacjach, o których piszesz funkcjonuje pojęcie „siły ochronnej”, która nie jest przemocą. Nie zawsze stosuje się „zawiłą komunikacją werbalną”;-) Ale tu odsyłam do specjalistów, szczególnie do Moniki z blogu http://wswieciezyrafy.blogspot.com/
    Co mogę dodać od siebie, to przerabianie tych sytuacji w zabawie, w czasie, gdy nie ma pośpiechu, nerwów itp. Moim zdaniem z 2,5-latkiem można już odgrywać scenki, przez które będzie miał możliwość wyrazić swoje emocje nt. tych sytuacji, możecie też w ten sposób szukać rozwiązań i je ćwiczyć (nie wiem, czy znasz „Rodzicielstwo przez zabawę” Cohena?).
    Co jeszcze mogę poradzić? Mogę zapewnić, że to trudny etap, kiedy już prawie by się dało wszystko dogadać, ale jednak trochę jeszcze brak umiejętności, a emocje silne. Pamiętam ten czas i cieszę się, że już za nami;) Pozdrawiam serdecznie!

  3. Pingback: Wychowanie bez frustracji | Love's patient

  4. Zmieniam decyzje na prośbę dziecka, i oczekuję tego samego w innych sytuacjach.
    Staram się przed decyzją o zmianie decyzji sprawdzić ze sobą, dlaczego chcę trzymać się pierwotnych założeń i jeśli nie znajduję mocnych powodów (trudno mi określić jakich), to zmieniam.

    • Tak, rozumiem. Ja często też tak robię. Ale nie każdą decyzję mogę/chcę zmienić i głównie tego dotyczyły ostatnie posty. Że RB to nie jest słuchanie tylko potrzeb dziecka – żeby nie było smutne albo złe. Słucham, bo kocham. I staram się spełniać prośby. Ale nie zawsze to zrobię. za to zawsze powinnam i chcę być dla dziecka, także gdy okazuje gniew na mnie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s