Nie da się nic nie czuć

Zwykły wpis

To jest jedna z prawd, które nadają kierunek mojemu macierzyństwu

(i co za tym idzie własnemu życiu też, dziecko jest naprawdę niezwykłym wyzwaniem do własnego rozwoju i wspaniałym nauczycielem, pisze o tym także Mama Śmieszki na blogu od-planować życie).

Nie da się nic nie czuć, a tłumienie emocji to najgorsze, co możemy z nimi zrobić. One i tak będą szukały ujścia i – jeśli się nimi nie zaopiekujemy – prędzej czy później wybuchną.

Od początku mówiłam sobie, że będę się starać, by moja Córka mogła okazywać mi wszystkie swoje uczucia: radość, zachwyt, zawód, złość, smutek. Nie godziłam się na kierowane do dziecka teksty w rodzaju „nie wolno płakać”, kiedyś o tym pisałam tutaj.

No i zbieram żniwo, bo moja Córka faktycznie te emocje mi okazuje. Przed innymi potrafi je kryć (wahałam się, jakiego czasownika użyć, ale „potrafi” to o tyle dobre słowo, że wskazuje, że jest to umiejętność, jakiej wielu oczekuje). Czasem nazbiera się Jej tych emocji tak wiele, że wybucha, ale zwykle czeka i wybucha przy mnie. To bywa bardzo, bardzo trudne.

Wiele trudności wiąże się u nas z przedszkolem. Najwięcej dzikich awantur między mną a Anią, gdy nie radziłam sobie z tymi Jej trudnymi emocjami, wybuchało rano przed przedszkolem. Bo od przebudzenia widziałam, że Ona jest spięta, nerwowa, płaczliwa. Że nie chce iść. I nie znajdując w sobie sił na kolejne Jej emocje, starałam się to wszystko przyspieszyć, jak najszybciej Ją ubrać i odprowadzić do przedszkola, bo przecież mnie też było trudno, udzielała się nam nawzajem ta nerwowość.

Ale wiem. Mimo wszystkich moich potknięć w tej kwestii, wiem. Ja od tego jestem, żeby Jej pomóc, bo w przedszkolu niestety (i to jest moje największe zastrzeżenie i żal do przedszkola) nie ma na to miejsca. U Ani jest owszem jedna pani, która potrafi Jej pomóc, do której Ania już od pierwszych dni biegnie się przytulać, przy której – wydaje mi się – jest w stanie doznać choć trochę ukojenia, także takiego czysto fizycznego, przez bliski kontakt. To pani, z którą Ania od początku chce rozmawiać, której chce o wszystkim opowiadać, do której sama z siebie się uśmiecha – moim zdaniem dlatego, że pani ta ma większą niż pozostałe tolerancję na „niegrzeczność”, „zły humor”, smutek, może i złość, nie jestem pewna, ale przynajmniej na smutek i różne formy niesubordynacji:) Niestety ta pani nie jest codziennie, czasem nie ma jej cały tydzień.

Mam wrażenie, że jedną z najważniejszych „prawd”, jakich dzieci uczą się w przedszkolu, jest „nie należy płakać”. Moja Ania, gdy bawi się w przedszkole, często o tym mówi. W szatni dzieci też wspominają, na przykład wczoraj słyszałam chłopca, który sprawozdawał Mamie: „Przewróciłem się bardzo, ale wcale nie płakałem”. I reakcja mojej Ani z automatu: „Ja też nie płakałam dzisiaj. Wcale!”. Mówi to i czuję, że jest z tego dumna. No i co ja mam zrobić? Mówię zwykle w takich sytuacjach: „Cieszę się, jeśli nie było Ci w ogóle smutno i nie potrzebowałaś płakać. Ale jak potrzebujesz płakać, to płacz”. Usłyszałam już od niej kiedyś, że w przedszkolu się nie płacze, ale w domu można. No, choć tyle.

Więc zmagam się ze sobą, by się nie poddać i znosić te płacze, złości, krzyki. Uczę, że to może innym przeszkadzać w restauracji, w kościele, w tramwaju. Że możemy wyjść i tam popłakać albo pokrzyczeć. Gorzej w domu, kiedy my, rodzice, nie mamy już na to siły i emocjonalnej przestrzeni. Kiedy głowę i serce zajmują nam już inne kłopoty i nasze własne trudne emocje.

Przy Ani uczę się: lepiej stawić czoła, lepiej nie zamiatać pod dywan, lepiej nazwać problem, odegrać scenki, bawić się zgodnie z duchem rodzicielstwa przez zabawę (wspaniały nurt, cudowny Cohen i jego książki, ale w sumie odkryliśmy to sami jako rodzina jeszcze przed lekturą, jak podążamy za dzieckiem, to te zabawy same tak wychodzą). Jak kiedyś pisał na swoim psychoblogu Jarek Żyliński (Oko w oko z niespełnioną potrzebą): „To właśnie jest powód, dla którego wchodzę do jaskini wściekłego smoka i to bez żadnego oręża – bo fakt faktem, nie jestem w stanie spełnić życzenia dziecka. Ono często po prostu nie jest możliwe do zrealizowania. Ale to co mam do zaoferowania temu wściekłemu smokowi to powiedzenie, że bardzo bym chciał spełnić jego życzenie. Że to by było naprawdę świetnie, gdyby się udało tę gwiazdkę z nieba ściągnąć. Oczywiście jeśli smok jest w fazie pożerania wszystkiego, to nie mam szans – też mi się oberwie. Niemniej ta droga to pokazanie mu, że słyszę jego potrzebę. Dobrze o niej wiem i biorę ją pod uwagę”.

To działa, ale jest też potwornie trudne. I potrzebuję znajdować sposoby, by radzić sobie z moimi trudnymi emocjami, które dodatkowo osłabiają mnie przed wejściem do jaskini dziecięcych strachów, smutków, złości. Uczę się.

Naprawdę nie da się czuć nic i wolę, by Ania czuła złość, smutek, strach… wtedy, gdy ma powód i wtedy gdy łatwiej mi zrozumieć, jaka potrzeba za nimi stoi, niż żeby waliła na oślep w siebie i innych, kiedy smok będzie naprawdę zbyt straszny. Zdecydowałam, że będę z Nią tam, gdzie Ona jest. Tylko muszę to sobie powtarzać, żeby trzymać się tej trudnej drogi, którą sama świadomie wybrałam.

I nie zazdrościć rodzicom, których dzieci i w domu, i w przedszkolu sprawiają wrażenie, jakby nie miały nic innego do roboty tylko się uśmiechać.

Advertisements

About lovespatient

Zakładam bloga już n-ty raz w moim nie aż tak długim życiu. Zawsze wtedy, gdy czuję się na tyle zakręcona, że ufam, że pisanie pomoże mi się odkręcić. Jak widać z faktu, że po jakimś czasie każdy zarzucam, chyba (trochę) pomaga.

4 responses »

  1. „Usłyszałam już od niej kiedyś, że w przedszkolu się nie płacze, ale w domu można.” Mnie by to ucieszyło! Bo znaczy, że dom jest azylem i miejscem gdzie można być sobą i gdzie będzie się wysłuchanym i zrozumianym. Chciałabym aby moje dziecko za lat kilkanaście również tak myślało. To będzie mój największy rodzicielski sukces. 🙂

    A przedszkole czy szkoła nigdy nie będzie idealna. Chyba się z tym pogodziłam, choć czasami niektóre teksty Pań mnie zadziwiają (delikatnie mówiąc). 😉

    A i jeszcze mi się przypomniało jak obca osoba zachwycała się ekspresywną radością mojego Syna, podczas gdy jej dziecko ze średnią miną siedziało jej na kolanach. Po chwili rozmowy okazało się, że owszem jej smyk tak się nie cieszy, ale też nie zdarza mu się wrzeszczeć jakby go ktoś ze skóry obdzierał bo tata wszedł po schodach prawą a nie lewą stroną. 🙂 Nie wiem jak Ania, ale J. owszem jak się złości to całym sobą, ale Jego radość też jest taka. Staram się o tym pamiętać, kiedy już mam dość wrzasków i fochów. 🙂

  2. A co do przedszkola, to też nie liczę na ideał, ale ciągle jeszcze mam dylematy, co dalej, kiedyś napiszę więcej pewnie. Bo widzę, że ono nas wiele kosztuje emocjonalnie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s