Zwyciężać

Zwykły wpis

Ostatnio coś we mnie w środku uważniej niż zwykle słucha. Nastawiłam się na odbiór i dzieją się dobre rzeczy.

Dziś o poranku, kiedy zastanawiałam się nad pewną trudną sprawą kogoś Bliskiego, z ogromną mocą usłyszałam w sercu to znane pewnie wszystkim wezwanie, które niektórzy przypisują ks. Popiełuszce, nie wiedząc, że znajdą je już u św. Pawła:

„Nie daj się zwyciężyć złu…

ale zło dobrem zwyciężaj”.

Pozwoliłam sobie rozdzielić, bo z pierwszą częścią pewnie znacznie łatwiej się zgodzić, a druga wymaga znacznie więcej. Podejrzewam, że nikt nie chce się dać zwyciężyć. Że kiedy spotyka nas niesprawiedliwość, kiedy odbiera nam się coś, co słusznie by się nam należało, kiedy ktoś nas rani, to nie chcemy dać temu komuś wygrać. Tylko jak to zrobić?

Ja sama mam tendencję do prowadzenia niekończących się bitew, wręcz kampanii na słowa. Udowadniania swojej racji, wykazywania krzywdy, uświadamiania, że zostałam skrzywdzona. Często mnie wtedy ponosi i naprawdę zaczynam krzywdzić. Na pewno nie jest to zwycięstwo.

W chrześcijaństwie, przynajmniej ortodoksyjnym, podkreśla się osobowy charakter zła. Od dawna miałam z tym trudność, bo mam tendencje demitologizatorskie. Na dziś rozumiem jednak tyle (co podkreśla często Tomáš Halík), że wiara w złego ducha uczy, że nikt z nas ludzi nim nie jest. Uświadamiam sobie coraz bardziej, że nawet ktoś, kto świadomie i dobrowolnie uczynił mi zło, naprawdę jest przegrany. Że to nie on zwyciężył. Został najpierw zwyciężony i jest zwykle niewolnikiem swoich własnych krzywd, bardzo często lęków, braku miłości. A jakże często czynimy zło nieświadomie… Sama potrafię tak bardzo myśleć o sobie i swoich prawach, że serio nie jestem świadoma, że depczę cudze. W końcu tylko upominam się o swoje. W końcu obiektywnie mam rację.

I tak mi dziś przychodzi do głowy, że chciałabym się nauczyć zwyciężać dobrem. Nie do końca wiem, co to znaczy. Mam przeczucia i odrobinę doświadczenia własnego, trochę więcej cudzego świadectwa, bo przecież wokół są tacy, którzy trochę bardziej potrafią. Ale patrzę dziś oczyma wiary na Jezusa i czuję, że te słowa podsumowują Go w świetle moich dzisiejszych rozmyślań najlepiej (piszę to i wiem, jak bardzo nie powinno się uważać, że da się Go podsumować jakimikolwiek kilkoma słowami).

Pamiętam o Jego śmierci, która może wydawać się triumfem zła. I o cichym Zmartwychwstaniu pod osłoną nocy, bez trąb i ogłaszania zwycięstwa całemu światu. To zwycięstwo można odtrąbić jedynie własnym życiem i umieraniem, i zmartwychwstawaniem. Tak czuję.

Nie można liczyć na łatwe i spektakularne sukcesy. Na uznanie wszystkich naszych racji. Na pełną satysfakcję. Zło zostało uczynione i nie chodzi chyba o to, żeby doprowadzać świat do stanu sprzed zła, wracać w relacjach do tego, co było przed, wyrównywać rachunki, żeby wyszło na zero. Zmartwychwstanie niesie ze sobą zupełnie nową jakość, a jednak Zmartwychwstały pokazuje rany. Uwielbiam tę scenę, która uczy mnie, że naprawdę nie chodzi o jakiś przycisk „anuluj”.

Chciałabym się nauczyć. Żeby się nie dać…:-)

Reklamy

6 responses »

  1. „I o cichym Zmartwychwstaniu pod osłoną nocy, bez trąb i ogłaszania zwycięstwa całemu światu.”
    oj bardzo mi się podoba to zdanie.
    Cały blog ni się podoba. Serdecznie pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s