Terapia zupowa

Zwykły wpis

Kochana Kwoka – kolejny raz podzieliła się ze mną dynią. I znów ugotowałam tę najcudowniejszą z zup.Nie chodzi tylko o smak. Dziś terapeutyczny był przede wszystkim proces gotowania, a ten zapach i smak były doskonałym uwieńczeniem.

I tak gotując i ugotowawszy sobie rozmyślałam i rozmyślam… o „moim” życiu.

No bo mam chandrę, mówiąc oględnie. Naszła mnie wczoraj, gdy wywnioskowałam, że ktoś jest niezadowolony z czegoś, do czego bardzo się przyłożyłam. Uruchomiła mi się masa kompleksów i ogólnie jakieś takie zimowe zmęczenie przybrało się w postać doła pt. „Nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi”. Tak miewam.

No i jeszcze wczoraj Dziecię nie zechciało ze mną pojechać do synagogi (super słowo do ćwiczenia „s” – pani logopeda nam zaleciła ćwiczyć tę głoskę bez wysuwania języka) – gdzie chciałam z Nią uczcić Dzień Judaizmu. Wcześniej chciało, dopytywało się, musiałam przygotować pogadankę z pogranicza teologii i religioznawstwa… A wczoraj po południu się zepsuła i koniec. Nie pojedzie. (Swoją drogą okazało się, że potrzebowała się wyciszyć, rozebrała się w końcu do majtek, okryła kocykiem, poprosiła, żebym Ją przytulała i w parę minut zamieniła się z powrotem w słodkiego, współpracującego Aniołka. Ale była już prawie 17, a synagoga kawałek drogi, nie było szans dojechać na czas.)

Więc nastrój strasznie mi się obniżył, poczułam się beznadziejna, no i jak zwykle wywnioskowałam, że już zawsze tak będzie, że nigdy nic nie zrobię po swojemu, że nie ma już „mojego” życia. Swoją drogą można by tu niezłe badania teologiczne rozpocząć – jak się ma tracenie i oddawanie swojego życia do macierzyństwa, podobnie rady ewangeliczne. Ale dziś nie mam głowy do wielkiej teologii.

Wczoraj wieczorem żywiłam przynajmniej nadzieje na wyspanie się. Nadzieje płonne. W dni wolne od przedszkola Ania zrywa się sama z siebie i za nic nie chce spać. Pal licho, niech nie śpi. Ale jeszcze nie dorosła do etapu, że Ona nie śpi, a Rodzice owszem śpią… albo przynajmniej polegują. Mój jedyny sposób na zatrzymanie Jej w łóżku (a zarazem i zwłaszcza na pozostanie samej w łóżku) to zorganizowanie Jej zabaw łóżkowych – w kotki, które się przytulają, w namiot, itp. Pół godziny można tak zyskać. No więc się nie wyspałam. Mąż spał dłużej, na co się miłosiernie zgodziłam, bo poprzednią noc spędził w pracy, a w dzień niewiele pospał… Ale jak tylko wstał, to ja się położyłam na jakąś godzinkę, a potem zarządziłam, że robię zupę, a Oni niech się dalej bawią.

Prawie 2 godziny zeszły mi na gotowaniu zupy i drugiego dania (Boże, jak dawno nie było u nas dwudaniowego obiadu przygotowanego od podstaw). Cudowny czas.

Potrzebuję takich chwil. Chwil, kiedy robię coś od początku do końca, chwil, kiedy mogę się skupić na MOICH sprawach – nawet jeśli robionych dla innych, kiedy mam możliwość myśleć o czymś, co chcę, np. zupie, a nie opowiadać o Tomku i Piotrku, być mamą kotów, dzidziusiem albo czymkolwiek innym…

Tylko jak to zrobić na co dzień. Nasz system pracy jest pod tym względem trudny. Może i dość dobry dla Ani, bo prawie zawsze może przebywać z którymś z rodziców, ale… Tak rzadko możemy spokojnie pobyć we troje. Paweł pracuje w systemie zmianowym, po 12 godzin w dzień albo w nocy. Ja pracuję w domu w czasie, gdy Ania w przedszkolu (a chodzi na 4h dziennie), a popołudniami i w sobotę rano – udzielam lekcji angielskiego, głównie w domach uczniów. Odbieram Ją z przedszkola, spędzamy trochę czasu razem i biegnę uczyć… Jak Paweł jest w pracy, to Ania jest z Babcią. Nie ma za bardzo szans, żebym uczyła, gdy jest w przedszkolu, bo ludzie chcą się uczyć po szkole/pracy. Gdybyśmy zostawiali Anię na dłużej w przedszkolu, to spędzałabym z Nią okropnie mało czasu – tylko chwilę rano i chwilę przed snem…

Ale tak jak teraz to naprawdę nie mam „moich” chwil. Jak nie jestem z Anią, to pracuję. A odkąd chodzi do przedszkola, to w domu praktycznie ani chwilę nie chce być sama. Wszystko chce robić ze mną, na dodatek zwykle chce się bawić, a nie np. pomagać mi gotować. To rodzi we mnie masę frustracji.

Nieraz czekam tylko aż uśnie. A gdy uśnie, to sama nie wiem, co robić – spać (zwykle bardzo mi się chce), czy pożyć? Ale jak pożyć, jak jestem taka zmęczona i na dodatek dziecko śpi. Muzyki bym posłuchała – ale mogę obudzić. A na słuchawkach – bałabym się, że się obudzi i będzie płakać, a ja nie usłyszę. Czytać nie mam siły, za dużo w dzień robię w literkach… No i tak marnuję parę godzin miotając się między różnymi czynnościami, po czym się kładę i marzę, że się wyśpię.

Chciałabym jakoś inaczej to poukładać. Ale nie wiem jak. Może częściej powinnam gotować zupy?

Reklamy

About lovespatient

Zakładam bloga już n-ty raz w moim nie aż tak długim życiu. Zawsze wtedy, gdy czuję się na tyle zakręcona, że ufam, że pisanie pomoże mi się odkręcić. Jak widać z faktu, że po jakimś czasie każdy zarzucam, chyba (trochę) pomaga.

5 responses »

  1. Terapia zupowa? Fajnie 🙂
    A dołek… no cóż… zdarza się. Chociaż rozumiem, że jest Ci przykro w związku z niezadowoleniem osoby, dla której się starałaś. Tylko wiesz… nie masz wpływu na odczucia innych ludzi. Pewnie ciężko to przełknąć, ale przecież to nie znaczy, że jesteś beznadziejna. Ot, nie trafiłaś w gust czy coś tam… ;]

    • Mamo Kangurzyco, ja wiem. Tyle że to potencjalny pracodawca, a zatem boli nie tylko emocjonalnie, ale i czysto materialnie. To zresztą tylko jakiś kamyczek, który uruchomił lawinę.

      • Rozumiem…
        Pocieszam, choć wiem, że takie gadanie osoby postronnej niewiele daje. Samemu trzeba to przetrawić i tyle.
        Ale Ty przecież doskonale wiesz, co jest w życiu najważniejsze 🙂
        A z pracą itp. to tak bywa – raz na wozie, raz pod wozem. Będzie dobrze 🙂

  2. Wydaje mi się, że Cię rozumiem dobrze. My też się wymieniamy z Mężem córkami (ja do pracy, on z dziećmi, ja z pracuję w domu z dziećmi, on do pracy), i też pomaga nam Babcia, mama Męża. I też często czuję, że nie mam ani chwili dla siebie. Tak naprawdę – ja te chwile sobie cichaczem kradnę. Np. czasami puszczam Starszej bajkę, kładę Młodszą na podłodze z zabawkami, a sama kładę się obok niej z książką lub gazetą (ale moja Starsza jest chyba sporo starsza od Ani, a Młodsza na pewno sporo młodsza, dlatego takie rozwiązanie jest możliwe). Albo jadąc do pracy czytam/śpię/słucham muzyki z telefonu (w metrze, na przystanku, w drodze). Usypiając córki czasem po cichu esemesuję z przyjaciółką, która w tym samy czasie usypia swoją dwójkę. Wącham pomarańczową wazelinę do ust. Piję mocną, słodką kawę. Wysyłam Męża z dziećmi na spacer i tak, też robię obiad i cieszę się tym robieniem od początku do końca, w spokoju. Składam sobie z tych krótkich chwil takie „tylko moje” poletko. Czekam na czas, gdy mi się to poletko trochę rozrośnie, może jakiś plon z niego kiedyś zbiorę 😉 I Tobie się piękne pole kiedyś rozrośnie, i dobry plon z niego zbierzesz 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s