Wersja pani

Zwykły wpis

No dobra. Spróbuję Wam opowiedzieć, jak moje dziecko podobno funcjonuje w przedszkolu. Oczywiście możliwe, że coś przeinaczam i nie oddaję pani w pełni sprawiedliwości. Muszę zaznaczyć, że doceniam, że pani sama zaproponowała mi rozmowę, umówiła się ze mną przed pracą, poświęciła pół godziny. Atmosfera rozmowy była życzliwa. Pani słuchała tego, co ja miałam do powiedzenia.

Z pozytywów usłyszałam, że włącza się w zabawy organizowane/sterowane przez panie. Dopytałam o kontakt fizyczny, bo na dniach adaptacyjnych to było nie do przejścia dla Ani – podobno nie ma problemu, jeździ w pociągu, potrafi się bawić w kółeczku. [Dla mnie to wiadomość na miarę dostania się przez dziecko na studia w Harvardzie.]

No a poza tym pani przedstawiła mi dziecko, które jest „zupełnie zagubione”, wchodzi do sali i przygląda się, co dzieci robią, ale nie chce się włączyć w zabawy dowolne. Panie pytają Ją: „może chciałabyś to, może tamto, może dołączysz do Karolka”. Ania odpowiada, że nie chce, a za którymś pytaniem zaczyna płakać. Przy czym pani zaznaczyła, że ten płacz krótko trwa, po pół minutki potrafi się sama uspokoić (panie nie tolerują płaczu niestety). Czasem widać, że Ania chce się w coś włączyć, ale sama nie powie. Zapytana chce, no to pani mówi: „Przynieś sobie stołeczek i postaw przy stole, będziemy razem z X robić to i to”. No i Ania nie idzie. Pani mówi, że widać, że chce, żeby pani wzięła Ją za rękę i zaprowadziła po ten stołeczek, ale że pani tego nie robi (nie spytałam, czy nie może, czy nie chce, ale rozumiem, że może nie móc), no to Ania stoi dalej smutna i nie idzie.

W szatni, gdy Ania widzi, że ktoś siedzi obok Jej butów czy kurtki, to stoi zaniepokojona. Pani mówi Jej, żeby poprosiła dziecko, żeby się przesunęło, ale dla Ani to jest nie do przejścia. Domyślam się, że tak jest, również na placach zabaw i w innych miejscach jest to coś ogromnie trudnego dla Ani – zachęcam Ją, ale często prosi mnie, bym zrobiła to za Nią, albo chociaż poszła z Nią za rękę, a Ona już powie. No więc Ania stoi dalej i czeka na pomoc pani. Pani podaje Jej kurtkę albo buty, no i Ania znów prosi o pomoc przy ubieraniu. Pani zachęcała mnie, by uczyć Anię samodzielności w domu, żeby nauczyła się sama ubierać. Wyjaśniłam, że oprócz koszulek Ania umie zakładać i zdejmować wszystko. Pani pyta, czy buty też. Mówię, że też. No to pani zdziwiona.

Powiedziałam, że mam wrażenie, że Ani jest bardzo ciężko w takiej dużej grupie dzieci i że jest bardzo zestresowana. I że Jej bierne zachowanie widzę jako ciągłe szukanie wsparcia i pomocy dorosłej osoby, której ufa. Pani wyglądała na zaskoczoną, ale mam wrażenie, że usłyszała to, co mówiłam.

No ale potem powiedziała mi jeszcze, że Ania zachowuje się „opryskliwie” i jeszcze jakiegoś podobnego przymiotnika użyła, bardzo mocno nacechowanego negatywnie, ale nie pamiętam jakiego. W każdym razie słowo „opryskliwie” padło kilka razy. Poprosiłam o wyjaśnienie, jakie zachowanie ma na myśli, o opis. No to, jak wspomniałam wczoraj w komentarzach, chodziło o to, że jak czegoś nie chce, to krzyczy, że nie chce, że macha rękami przy tym… Rozumiem, że to może być trudne, znam też Anię i wiem, że potrafi bardzo mocno okazywać zdenerwowanie, uczucia Ją zalewają czasem i trudno Jej się uspokoić. Dla mnie też bywa to trudne, więc pewnie tym bardziej dla pań w grupie dzieci, które wszystkie czegoś chcą, nie chcą, etc. No ale potem pani dodała jeszcze, że Ania ma taką minę, jakby o wszystko miała pretensje i ta mina jest bardzo nieprzyjemna. No i to mnie rozwaliło. Czy pani naprawdę myśli, że dziecko robi jakąś minę jej na złość? Czemu nie umie w tym odczytać komunikatu, że Ani jest ciężko, że jest bardzo spięta i wystraszona?

Co jeszcze… Jedzenie. To jest temat, który przerabiamy od początku. Ponieważ na dniach otwartych zimą już słyszałam, jak któraś z pań woźnych albo z kuchni, nie pamiętam, tłumaczyła, jak sprytnie chowają mięso pod surówki i jak przy śniadaniu nie podają picia, dopóki dzieci nie zjedzą zupy mlecznej, no to włączyła mi się żaróweczka: „Może być problem”. I spokojnie na zebraniu w czerwcu zapytałam, jak to jest z tym jedzeniem, co panie robią, gdy dziecko czegoś nie chce jeść, czy nie zmuszają, etc. Pani zapewniała, że nie zmuszają, ale owszem zachęcają. Poprosiłam, żeby Ani nie zachęcać i wyjaśniłam, że Ania je tyle, ile potrzebuje i my nie stosujemy żadnych sztuczek, żeby zjadła więcej itp. Pani przyjęła to do wiadomości.

No i na początku września okazało się, że jest problem. Ania po pierwszym i drugim dniu generalnie była entuzjastyczna do przedszkola, a rano trzeciego dnia w drodze do przedszkola zaczęła płakać, że panie karmią i żebym poprosiła panie, żeby jej nie karmiły. No to poprosiłam, rozmawiałam i z panią pomocą (bardzo fajną) i z panią z kuchni (która wyraźnie nie rozumiała, o co mi chodzi i czemu tego chcę, ale chyba przyjęła). Następnego dnia sytuacja się powtórzyła, Ania płakała, że panie znów będą karmić, więc jeszcze raz o tym przypomniałam – tym razem pani nauczycielce.

Z czasem Ania zeznawała, że panie już nie karmią, ale ciągle Ją namawiają. Ja zapewniałam Ją, że nie musi jeść, jeśli nie chce, a paniom cierpliwie tłumaczyłam. Pozwoliłam sobie też przesłać pani nauczycielce artykuł Agnieszki Stein „Czy moje dziecko zjadło” z Akcji Zdrowy Przedszkolak. Pani podziękowała za artykuł, powiedziała, że się jej podobał i że podzieliła się nim z koleżankami. Miałam nadzieję, że teraz już pomału sprawa jedzenia ucichnie, no i po prostu rozejdzie się po kościach. A Ania czasem coś zje, jak będzie głodna, bo po tamtych akcjach ewidentnie nie jadła programowo nic a nic.

No i wczoraj pani powiedziała mi, że mimo że już Ani nie karmią i nie stosują żadnych sztuczek, to „nie ma poprawy”. Zapytałam, o jaką poprawę chodzi, okazało się, że chodzi o to, że Ania dalej nie je. Mówię, że naszym celem nie jest, żeby jadła, tylko żeby jadła, jeśli chce. Pani przyznała, że tak, tak, ale to dla nich taka nowa sytuacja, wszyscy rodzice chcą, żeby karmić dzieci, namawiać itp.

No i pani powiedziała mi, jaki to wielki problem dla nich, że pozwalają Ani nie jeść i co to będzie, jak inne dzieci też powiedzą, że nie chcą. Wysłuchałam empatycznie. No bo co mogę poradzić? Problem jest w systemie, ciężką pracą udało się zrobić wyjątek, ale ten wyjątek ciągle panie boli. Zapytałam, czy Ania jakoś przeszkadza innym dzieciom, nie chce siedzieć itp (bo tłumaczyłam jej, że nawet jeśli nie je, to ma siedzieć przy stoliku i czekać, aż dzieci zjedzą). Okazało się, że nie, ale trochę się wierci i czasem sobie śpiewa. Tylko pani ciągle się martwi, bo inne dzieci pani zachęca i namawia i Ania wtedy też się denerwuje i pani musi ją uspokajać, że nie musi jeść. I że Ani jest przykro, jak pani chwali kogoś, że zjadł surówkę i go przytula. Powiedziałam, że Ania pewnie też chciałaby, żeby Ją przytulić, tylko że nie za to, że zjadła coś, ale po prostu.

No i jeszcze pytam, czy Ania faktycznie nic nie je, bo z tego, co mówi, to jednak drugie śniadanie trochę je, jakieś jabłka itp. No to pani przyznała, że trochę je. I że jak robili sałatkę owocową, to Ania strasznie ze sobą walczyła i w końcu zjadła z tej sałatki parę winogron, „ale nie dlatego, że chciała, tylko dlatego że chciała w nagrodę koronę owocową na głowę tak jak inne dzieci”. Nie wnikałam w nasze poglądy na temat kar i nagród (jest to dla mnie problem, ale uznałam, że o to już nie będę kruszyć kopii). Podsumowałam tylko: „no tak, motywacja wyłącznie zewnętrzna przez nagrodę”. Pani przytaknęła.

No i tak sobie pogadałyśmy. Na koniec powiedziałam pani, że Ania bardzo pozytywnie mówi o przedszkolu, że widzę, że lubi panie i wiele się tam uczy. Pani była zaskoczona, powiedziała, że są (nie wiem dokładnie kto) przekonane, że Ania nikogo tam nie lubi, ani pań, ani dzieci i nic a nic nie korzysta. Powiedziała, że nie widzi też, żeby Ania miała jakąś więź z którymś dzieci, to wymieniłam jej dwójkę, o której w domu często mówi. Pani podsumowała, że tak, oni też są spokojni i że dziękuje za tę informację, postara się ją wykorzystać. I w ogóle że dzięki tej rozmowie może będzie potrafiła spojrzeć na Anię w innym świetle.

Chciałabym. Bo naprawdę widzę, jak wielką pracę moje dziecko wkłada w chodzenie do przedszkola. Ale też że wiele tam zyskuje, mimo trudności.

Reklamy

About lovespatient

Zakładam bloga już n-ty raz w moim nie aż tak długim życiu. Zawsze wtedy, gdy czuję się na tyle zakręcona, że ufam, że pisanie pomoże mi się odkręcić. Jak widać z faktu, że po jakimś czasie każdy zarzucam, chyba (trochę) pomaga.

18 responses »

  1. ja to czytam przerazona… przeciez te babki jakos tymi przedszkolankami zostały? jakies wykształcenie,ten teges????……. no chyba?? i podstawowych rzecz sie tam nie nauczyły????????/!!!!!!!!!!jakis koszmarny kosmos;(

    • bez przesady! jaki kosmos? jakie podstawowe rzeczy? ja i tak jestem w szoku, że pani nie wyjechała z tekstami typu „jak wszystkie dzieci jedzą, to Ania też musi” itp. widać, że chociaż się stara zrozumieć, a jak na warunki, w krótych NVC i rodzicielstwo bliskości jest jeszcze mało popularne i w króluje jeszcze bardzo mocno stara szkoła kar, nagród, dyscypliny i władzy, to i tak bardzo dużo. jest jakieś światełko w tunelu 🙂

      • Myślę, że w ogóle nie ma co tu pani oceniać. Nie o to mi chodziło. Właśnie oceny są moim zdaniem szkodliwe. Mnie bardzo zabolało nazwanie zachowania Ani „opryskliwym” itp zamiast opisu – o opis musiałam się doprosić. Starałam się opisać jak najrzetelniej tę rozmowę. Naprawdę widzę dobrą wolę i staranie pani. Widzę też, że ma ogromny problem z akceptacją trudnych uczuć innych, zwłaszcza dzieci. Na to wiele poradzić nie mogę. Zastanawiam się tylko, czy może się nam udać taka współpraca, w której nie będzie się przypisywać mojemu dziecku złych intencji itp. Na trudność rozmowy miał też wpływ pewien piątkowy incydent, o którym nie wspomniałam. Gdy w piątek przyszłam po Anię, pani zapytała mnie na ucho, żeby Ania nie słyszała, czemu śledzę ich, jak chodzą na spacery. No i bardzo nie chciała przyjąć mojego zdziwienia, że w ogóle nie wiem, o co chodzi, skoro „jedna z pań” mnie widziała! Powiedziałam pani, że owszem w pierwszym tygodniu września podglądałam Anię na placu zabaw, żeby widzieć jak sobie radzi, ale że to było ponad miesiąc temu i sama o tym wie, bo mnie wtedy widziała. Długo jej zajęło, nim przyjęła, że ktoś się mógł pomylić i mnie nie widział, bo mnie nie było. A czułam wyraźnie, że już ma wnioski o tym, jak im nie ufam itp. I powiedziałam jej to, że sądzę, że ona myśli, że im nie ufam, a tymczasem widzę, że ona nie ufa mi nawet na tyle, by przyjąć, że nie robięczegoś, co mi wmawia. Przeprosiła mnie. Ale cały weekend byłam roztrzęsiona i modliłam się o to, by nie rzutowało to na naszą poniedziałkową rozmowę. I uważam, że było nieźle.

      • dobra ale chyba na studiach coś powinno być? Czy nie?? nawet bez wiedzy o NVC chyba każdy pedagog ,,wie”,że zmuszanie do żarcia jest beee? kosmos i tyle,właśnie dlatego na myśl o posłaniu syna do przedszkola w Polsce nie mogłam spać po nocach!:(

  2. Bardzo podobnie zachowuję się Kubuś w przedszkolu. Nie chce dzieci, nie chce się z nimi bawić, ma problem z dotykiem, zmianą otoczenia – wyjście z sali na dwór.
    Natomiast ja mam chyba lepsze doświadczenie z paniami, kilka razy z nimi rozmawiałam i mówiłam im, na czym mi zależy najbardziej. Czyli na tym by moje dziecko się tam dobrze czuło i by ktoś widział czasem jego potrzeby i akceptował to na co ma ochotę w danej chwili.
    Że mam generalnie gdzieś, czy zjadł, czy namalował rysunek z dziećmi i czy tańczył na rytmice.
    Kuba pierwszy miesiąc siedział z daleka i bawił się sam, na szczęście panie akceptowały to, że to jego wybór i nie zachęcały do zabaw, kontaktu, dotyku na siłę.
    Teraz jest zdecydowanie lepiej choć pojawiły się inne problemy.

    Aha, i coś tam napisałaś, że pani Ci mówiła, żeby w domu zachęcać Anię do rzeczy których nie robi w przedszkolu, Pusty śmiech mnie ogarnia jak czytam coś takiego. Ja uważam, że robienie w domu dziecku drugiego przedszkola to nieporozumienie. To, że pani ma z czymś problem, to jest jej problem i niech sobie sama z nim radzi. Ciebie tam nie ma, nie masz wpływu na zakładanie butów, dziwnych min swojego dziecka.

  3. Jak dla mnie Pani jest w porządku. Skoro mogłaś z nią porozmawiać, poświęciła Ci czas sam na sam a nie przy dziecku, co mnie się często zdarzało.
    Dobrze, że udało Wam się porozmawiać, że Cę wysłuchała i nie zbijała Twoich argumentów tylko wzięła je pod uwagę.
    Widzisz na tle grupy, że Ania jest wyjątkowa. Nie inna, wyjątkowa. Jest to Twoje Dziecko, nie statystyczne, podręcznikowe.
    Wzmacniaj i rozmawiaj z Anią w domu 🙂 I tyle. Jakoś musisz to przetrwać bo ja to mam od 4 lat 😉 Nie ma indywidualnego podejścia do dziecka. Te spokojne czasem mają gorzej niż łobuzy 😉
    Trzymam kciuki i czekam na kolejne wieści 🙂
    aeljot – mama Swoich Własnych Wyjątkowych Córek 😀

  4. Ja muszę przyznać, że jestem zaskoczona. Zaskoczona pozytywnie. Wyobrażałam sobie, że w przedszkolu takim traktuje się dzieci jak grupę i żadnych indywidualności nie dostrzega, chyba, że sprawiają naprawdę duże kłopoty. I widzę w tej rozmowie nie tylko skargę, ale chęć pomocy Ani. Na sposób może inny niż my byśmy sobie tego życzyły, ale jednak z pewnym otwarciem na to co mówisz i to czego dla Ani chcesz.

    Piszę trochę na szybko, więc wybacz skróty, ale bardzo chciałam się jakoś odezwać, a ostatnie dwa dni mocno zakręcone.

    Więc to, że pani chciała porozmawiać, że dokładnie opisała co jej w Ani zachowaniu przeszkadza, co uważa, że należałby zmienić, uważam za bardzo pozytywne i samą rozmowę też uważam za dobrą. Z drugiej strony jednak są takie rzeczy o których myślę sobie, że panie w przedszkolu powinny sobie radzić same. Że to jest ich problem, że dziecko nie chce być samodzielne, albo, że nie potrafią go zachęcić do wspólnej zabawy. To coś na co masz niewielki wpływ tak naprawdę.

    Myślę też, że takie rozmowy są korzystne dla obu stron, bo masz okazję pokazać jej, że można też inaczej, a Ty możesz przekonać się, na ile ona przyswaja co do niej mówisz. Tak jak z jedzeniem. Nawet jeżeli jest to dla niej wciąż trudne, to potrafiła potraktować Anię inaczej. To dobrze, że na takie indywidualne traktowanie dziecka jest gotowa (mimo wątpliwości). Każde dziecko powinno być tak traktowane przecież.

    I wreszcie chyba to było nieuniknione, że pewne cechy Ani będą inaczej odbierane przez panie, a inaczej przez Ciebie. Tak jak dla nas zaletą będzie umiejętność mówienia „nie”, dla wielu będzie to krnąbrność i nieposłuszeństwo. I na to też masz wpływ niewielki, bo całe Twoje widzenie dziecięcego świata jest dla innych trudne… ileż łatwiej z dziećmi posłusznymi (zwłaszcza kiedy się jest wychowawcą w przedszkolu).

    Obserwuje często dzieci w piaskownicy. Niektóre chętnie oddają swoje zabawki, inne mniej chętnie ale nie protestują. To te grzeczne. Uczynne. Dobrze wychowane (???). Kiedy dziecko protestuje, kiedy mówi „nie to moje”, ja widzę dziecko pewne siebie i odważne. I takie które wie czego chce i które chce decydować o sobie. Samodzielne. Niezależne. Które chce mieć wpływ na to co się w okół niego dzieje. Tego wszystkiego oczekujemy od naszych dorosłych partnerów (zarówno tych w życiu jak i w interesach). Ale inni tego tak nie widzą. „Jesteś niegrzeczny”, „trzeba się dzielić”, „przecież on ci dał się bawić”, „ale z ciebie łobuz, egoista, samolub…”. I ręce mi opadają. I powoli oswajam się z tym, że to już tak będzie. I szukam jakieś drogi, żeby nie walczyć nieustannie, ale też żeby nie musieć nic a nic ustępować. Bo przecież wiem, że to ja mam rację 😉

    • wspaniały komentarz.TYlko wiecie co mnie boli? Że tak łatwo ,,odpuszczamy”,także ,emocjonalnie gdy rzecz już nie tyczy naszych pociech.Panie nie zmuszają już Ani do jedzenia… to jest dobre,ale przecież zmuszają 20 innych dzieci.I w innch przedszkolach to samo,codziennie,bez uwag ze strony rodziców,a wręcz za aprobatą… Jak tu emocjonalnie nie reagować? Jak tu cieszyć się,że jest postęp? Dla mnie to jest wszystko potworne ale dobra… niejeden raz usłyszałam,że jestem przewrażliwiona:(

      • Tylko, że Marysia to jest tak, że tym rodzicom naprawdę zależy na tym, żeby ich dzieci jadły. I może to by się przydało uświadamiać mamy, a nie personel? Jasne, że może to właśnie personel przedszkola powinien uświadamiać (tak jak próbował uświadamiać mamę Ani ;)), ale prawda taka, że dopóki rodzicom nie będzie zależało, to nic nie zmienisz.

        Ja ostatnio (bezmyślnie jak się okazało) powiedziałam, że nie rozumiem, czemu w przedszkolu się daje dzieciom tyle słodyczy (jedna mama się skarżyła, że dzieci nie jedzą nic innego – bo tak przedszkolankom łatwiej – nie muszą namawiać). I mówię przy mojej mamie, że przecież rodzice by mogli tutaj coś zadziałać, przecież to nie jest tak, że w takim publicznym przedszkolu to już nic nie można zmienić. Mama popatrzyła na mnie jak na kosmitkę. Przecież rodzice sami tak żywią swoje dzieci. Przecież gdyby w przedszkolu nie było słodyczy, to od razu by ktoś powiedział, że dziadowskie, bo nawet dziecku nic dobrego nie dadzą, itd.

        Mi by było chyba trudno „walczyć” z takim przedszkolem, ciągle pilnować, żeby nie postępowali głupio w stosunku do mojego dziecka (pewnie codziennie bym ich śledziła na spacerach :p). Dobrze, że są rodzice, którzy to robią. Bo jak przyjdzie za rok do przedszkola kolejna taka Ania, to już będzie miała łatwiej. I kolejna mama Ani też będzie miała łatwiej.

      • Wiesz… problem w tym, że panie są przekonane, że nie zmuszają, tylko promują zdrowe nawyki żywieniowe: jedzenie zrównoważonych posiłków, warzyw etc. No a że nie robią tego fizyczną przemocą, to chyba wydaje im się, że wszystko jest ok.

  5. Ja to rozumiem,ja sie z WAmi nie kłócę… ja chcę też zrozumieć panie przedszkolanki.Ja wiem,że system,przekonania… nawyki… może ta wiedza właśnie mąci mój spokój? Zewiem,że to ,,nie ich wina”,to niczyja wina… i dlatego to jest straszne.Bo nie mamy na to najmniejszego wpływu:( jedna mama nie wyedukuje całego kraju,nawet swojego przedszkola,nie przebuje głową muru:( TO mnie przeraża,do pań w sumie STARAM SIĘ nic nie mieć:(

    • Nie odebrałam tego jak kłótni 🙂 Ja Cię rozumiem, odczucia mam podobne, i często nawet się nie staram „nic nie mieć”, bo zwykle właśnie mam. I do pań w przedszkolach i do mam, babć, opiekunek. Ale odpuszczam. Nawet czasem tam, gdzie mogłabym nie odpuścić. Odpuszczam tam gdzie chodzi o inne dzieci, z prostego powodu. Muszę wybrać gdzie spożytkować energię, której ilości są ograniczone. Mogę życzliwie coś podpowiedzieć koleżance, ale podobny komentarz do obcej osoby przyniesie jedynie taki efekt, że ja się będę czuła źle (i być może przez to przegapię coś co powinno być istotniejsze dla mnie – moje dziecko).

      • no ja też mocna w gębie nie jestem… ,,naszym” przedszkolu akurat nie zmuszają do niczego,za to Felek nie chce.I tak i siak klops:)

  6. Ale tak… Kwoko,to o czym piszesz,jest pocieszające… może następna Ania-tylkoprzkre jest to,że w ogóle jakaś Ania z takim trudem (a raczej jej mama) musi walczyć o coś normalnego i naturalnego.

  7. dla mnie karmienie dzieci w ten sposób to przemoc, a przemoc przynosi szkodę nie tylko tym, którzy jej doznają ale także tym, którzy na nią patrzą
    dlatego właśnie (choć nie tylko dlatego) staram się wspierać nauczycielki w tym, żeby mówiły „my tutaj nie zachęcamy dzieci” tak samo jak nie zgodziłyby się uderzyć dziecko nawet gdyby je ktoś bardzo prosił
    czasem do zmiany zwyczajów paniom potrzebne jest szkolenie, a rodzicom zebranie gdzie informuje się ich o zmianie zwyczajów ale kwestia jedzenia jest na tyle ważna, że warto o to walczyć
    bo jakie jest prawdopodobieństwo, że Kotkowi jest trudno zacząć jeść bo widzi jak są karmione inne dzieci?
    a co do jej zachowań to są one raczej typowe dla debiutujących przedszkolaków, dla małego dziecka dorosły jest „akumulatorem” i wiele z nich potrzebuje zasilania na początku, żeby działać

  8. A kto panie z przedszkola nauczył czegokolwiek? Sorka ale nauczyciele muszą zbierać papierki ze szkoleń żeby awans dostać i więcej zarabiać. Jakoś tak dziwnie się składa, że te szkolenia są o kant wiadomo czego potłuc ale jest kolejny kwitek do teczki i perspektywa wyższych zarobków. Zresztą gminy już nauczyły się oszczędzać i stażystów chętnie zatrudniają.

    Co do podejścia do dzieci to pokażcie studia, które robią to choćby w taki sposób, że pokazują nauczycielom różne sposoby, szkoły, metody itd. Pomijam już podyplomówki typu nauczanie początkowe i reedukacja po których ma się uprawnienia do pracy z dziećmi od przedszkola do 3 klasy podstawówki i dodatkowo jest się reedukatorem. Ile w ciągu 2,5 roku można się nauczyć? 2 razy w tygodniu popołudniami oczywiście. System szkolnictwa w Polsce to fikcja. Jak ktoś nie ma sam z siebie podejścia do dzieciaków to umiejętności odpowiednich na studiach nie zdobędzie.

    Szczerze gadam – mam doświadczenie z obu stron (w pracy przedszkolnej w niepublicznych placówkach i w posyłaniu dzieci). Jest lipa na max. Placówki publiczne wcale nie są lepsze. Szkoła to samo. Jeśli dziecko mieści się w normie (a normę ustala sam nauczyciel) to problemów nie ma. Jak dzieciak jest wyjątkowy obojętnie w jakiej dziedzinie to ma przesrane na starcie i dopiero po wyjściu ze szkoły włącznie z ponadgimnazjalną może okazać się, że jednak coś jest wart. A w szkole będzie tępiony i poniżany. I wszystko pod pozorem pomocy.

    Temat rzeka. Trzymamy kciuki za Anię.

    • Dzięki. Co do tej pani konkretnie, to naprawdę jestem przekonana, że jest mocno zaangażowana i sporo wie, ale chyba po prostu w systemie, z którym ja się nie zgadzam: kar-nagród, niegrzeczności itp. Na szczęście da się rozmawiać, choć to wyczerpujące, pewnie dla oby stron.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s