Kocur w przeszkolu

Zwykły wpis

No więc… zbieram się i zbieram, żeby napisać, jak nam dalej idzie. I z pewnością mi idzie ciężko pisanie o tym, bo widzę w sobie wiele niepewności i obaw, i pewnie też sporo poczucia winy, że moje dziecko chodzi do przedszkola. A może bardziej, że do takiego zwykłego, państwowego, tradycyjnego, z wieloma zwyczajami i zasadami, które mnie samej się nie podobają. Chwilami popadam w lekką paranoję: trzeba było nie kupować większego mieszkania, trzeba było iść do pracy w korporacji, skończyć inne studia, mieć kasę na Montessori albo całe życie homeschoolować… I że nie mam prawa jazdy, żeby Ją wozić gdzieś dalej itp…

Jednakże bardzo chcę napisać, bo Ania radzi sobie w tym wszystkim niesamowicie. I muszę to uwiecznić, bo rozpiera mnie duma i wzruszenie. Jednego jestem pewna – przedszkole wypadło, dzięki Bogu (serio) w odpowiednim czasie. Parę miesięcy temu naprawdę zapowiadało się na dramat. A tymczasem:

Ostatnio Ania wykazywała się coraz większą otwartością, na przykład na placu zabaw. Już nie uciekała panicznie przed innymi dziećmi, ale też nie szukała ich towarzystwa. Natomiast już w trakcie dni adaptacyjnych w przedszkolu (gdzie nota bene raczej trzymała się na dystans w stosunku do dzieci), na placach zabaw zrobiła się bardziej otwarta. Nie tylko nie zeskakiwała w popłochu z drabinki, gdy ktoś chciał wchodzić obok, ale też sama podbiegła się wspinać, widząc, jak wspina się inne dziecko. Zaczęła też chętniej odzywać się do dorosłych, np. w sklepie.

Co do samego przedszkola. Ania je naprawdę lubi. Widzę, że bardzo cieszy Ją jego wystrój, zwłaszcza rzeczy zrobione przez dzieci, dotypuje się, czemu oni jeszcze czegoś nie robili, mówi, że powie pani, żeby robili maski kotów z talerzy itp;-) Traktuje większość życia przedszkolnego jako wyzwania (które lubi), zadania specjalne, „numery”.

Natomiast…

 

nie chce zostawać tam bez nas.

Pierwszego dnia rozstanie było bardzo łatwe, bo po prostu poszła i – choć wiedziała, że mnie nie będzie – to jednak jakoś nie wiedziała, jak to będzie, kiedy mnie nie będzie.

Drugiego dnia trochę marudziła przy samym rozstaniu, ale dała się pani zabrać, lekko pochlipując. Natomiast, jak po Nią przyszliśmy, to nie wyglądała ani na zapłakaną, ani wytęsknioną, ani zaniedbaną emocjonalnie;-) Mimo że przyuważyła mnie, wyglądającą zza rogu, to spokojnie dopiła kompocik i z godnością przyszła i powiedziała: „Cześć!”:-) A potem nie chciała iść do domu, tylko pokazywała nam wszystko w szatni, chciała o wszystkim, co tam jest gadać, bawiła się śmietnikiem i ogólnie trzymała nas tam w świetnym humorze przez jakieś 40 minut, kiedy to wyciągnęliśmy Ją niemal na siłę;-)

Dzień trzeci (wczoraj): kryzys. Nie mówiła, że nie chce iść do przedszkola, ale opóźniała wszystko, jak się tylko dała. Jeszcze siku, jeszcze drugi raz siku, jeszcze jest głodna, jeszcze kanapeczkę jedną, jeszcze coś. W końcu zaczęła się pokładać i mówić, że nie chce tam zostawać sama. Byłam wczoraj strasznie niewyspana, ciśnienie niskie, na Anię też to działa, obu nam było bardzo ciężko. Było też trochę nerwów między mną a Mężem, bo ja chciałam odpuścić i tego dnia Ani nie posyłać, dać Jej odetchnąć, a Paweł uważał, że da radę i lepiej, żeby poszła [Wcześniej ustaliliśmy, że jakby było bardzo źle, to nie zostawiamy Jej zrozpaczonej, no ale chyba każdy inaczej widzi to „bardzo źle” i zależy to też od nastroju samego rodzica]. W każdym razie dałam sobie mimo wszystko przyzwolenie na nieposłanie Ani, ale też spróbowałam zwolnić i zająć się sprawą na spokojnie. Położyłam się z Nią i zagaiłam: „Tak dzisiaj grasz na czas, bo martwisz się, że będziesz w przedszkolu bez nas”. Powiedziała, że tak. No i tak sobie gadałyśmy o tym, nie pamiętam dokładnie, jakimi słowami. Potuliłam Ją trochę. I zebrałyśmy się.

Po drodze zeszła z hulajnogi i chciała gadać, narzekała jeszcze, że nie lubi tam zostawać bez nas. Powiedziałam Jej szczerze, że chciałabym móc jednocześnie być z Nią w przedszkolu i pracować w domu, i że tak by było super, ale niestety to nie jest możliwe. I że na tym polega przedszkole (przynajmniej to publiczne przedszkole w Polsce, ale tego już nie mówiłam), że poza dniami adaptacyjnymi dzieci są pod opieką pań bez rodziców (i to dla mnie też jest bardzo trudne, bo wiem, o ile by było łatwiej, jakbym jeszcze trochę mogła tam z Nią posiedzieć – ale wczoraj tego nie powiedziałam).

Jak mijałyśmy przedszkolny ogród, to zaczęła się cieszyć, opowiadać mi o tym, jak tam się bawią itp. Jakoś tak przypadkiem zeszło na to, że lubi jedną z pań, ale nie lubi, „jak pani daje jej jedzonko”. Dzień wcześniej pani przyszła mi powiedzieć, że Ania nie daje się dokarmiać i przez to mało je, ja powiedziałam (choć mało stanowczo), że nie muszą jej dokarmiać. No więc teraz powiedziałam Ani, żeby powiedziała Pani, że nie chce, żeby Ją dokarmiać. Ania poprosiła (i słusznie, bo pewnie potrzeba tu autorytetu rodzica), żebym ja to zrobiła. Więc w przedszkolu poprosiłam panią i przy Ani o to poprosiłam (przynajmniej wczoraj się do tego stosowały). No i w szatni była spokojna, pogadałyśmy chwilę, a przy samym rozstaniu odrobinę płakała, ale czułam, że da radę.

Jak wczoraj przyszłam, to okazało się, że zjedli obiad chwilę wcześniej niż poprzednio i dzieci poszły już do sali. Tam szykowało się leżakowanie. Ania widziała, jak przebierają się w piżamki, a panie szykują leżaczki. No i wtedy przyszłam, pani przyprowadziła mi Anię (nieco markotną). Pani powiedziała, że Ania nie zjadła obiadu, na co Ania strasznie się wkurzyła i zaczęła mi tłumaczyć, że jadła. Powiedziałam, że dobrze, że jadła, nie musi zjadać wszystkiego. Powtórzyłam jeszcze tej pani, że Ania nie je, jak nie jest głodna i że tak ma być. No a potem Ania znów nie mogła wyjść, na dodatek zaczęła tańczyć z kolegą. No, nie że w parach, ale on pokazywał jej jakieś kroki, a Ona mu swoje. Zapytała, czy może iść z nami na plac zabaw, ale jego babcia się nie zgodziła i powiedziała, że wieczorem pójdzie do parku (więc jak już wyszłyśmy, to Ania domagała się parku zamast placu zabaw, bo tam będzie ów kolega). To dla mnie cud niezwykły! No i jeszcze posiedziałyśmy w szatni, Ania wprowadzała swoje porządki, np. przestawiając śmietnik, brykała, śmiała się i pokazywała mi wszystko. Ona naprawdę lubi tam być – a zwłaszcza ze mną;-)

No i jeszcze zaczęła się dyskusja: „Dlaczego inne dzieci zostają na spanko, a ja nie?”. Okazało się, że Ania bardzo chce i wczoraj po przeszkolu musieliśmy w pośpiechu kompletować wyprawkę na dziś (zamierzaliśmy zostawiać Anię na leżakowanie później, jak już się bardziej oswoi, z opcją, że może nawet nie w tym roku, jak nie będzie chciała). Dziś będzie dłużej, zobaczymy, co powie.

A, pani jeszcze powiedziała: „Kocur chodzi swoimi drogami, ale jest dobrze”. Ba, no jasne, że chodzi (swoją drogą musiała wczoraj ogłosić, że nie jest kotkiem, tylko kocurem, hehe). I nas to cieszy. Ufam, że nie straci pazura:-)

Po zakupach kocykowo-piżamkowych Ania zapytała, czy pójdzie do przedszkola „jeszcze raz dziś”, ale ostudziliśmy te zapędy;-)

No i dziś rano (dzień czwarty): chętnie się ubrała, zjadła śniadanko. Dopiero na samym wyjściu z domu powiedziała, że nie lubi zostawać tam sama. Pogadałyśmy znów o tym, poszłyśmy. Po drodze była cichsza niż zwykle, trochę smutna. W drzwiach przedszkola trochę popłakiwała. Ale postanowiłam, że nie będziemy się spieszyć, i to nam pomogło. Po przebraniu pani woźna zapytała, czy Ania gotowa, powiedziałam, że nie i że chcę chwilę jeszcze z Nią pobyć. Pooglądąłyśmy wszystko, chciała być u mnie na rączkach. Za jakiś czas pani nas znów zapytała, a Ania sama powiedziała: „jeszcze się nie uspokoiłam”. No i za jakiś czas sama wyszłam po panią, choć Ania jeszcze nie chciała. Ale czułam, że więcej już nie zdziałam, a opcji pójścia z Nią do sali nie ma. No więc poszła z panią woźną, smutna niestety. Ale wierzę, że szybko się pocieszy. Wczoraj była zachwycona malowaniem farbami i brokatem i super się bawiła.

A, jeszcze jeden „numer”. Panie naprawdę się wczoraj pilnowały, żeby Jej nie namawiać na jedzenie. Do tego stopnia, że… Ania mówi mi: „Wiesz, jaki numer? Nagle śmig i nie ma zupki. Ja zrobiłam chwilę przerwy, a pani śmig mi zamieniła na pierogi dzikie (=leniwe)”. Bardzo Ją to rozbawiło, że pani takie dowcipy robi;-) A pierogi dzikie były dobre. „Za to marcheweczki nie jadłam” – mówi z dumą;-) No, musieliby Jej dać całą do łapki, nietartą. Ale może na jeden dzień dość reform, że już nie karmią:-)

Reklamy

About lovespatient

Zakładam bloga już n-ty raz w moim nie aż tak długim życiu. Zawsze wtedy, gdy czuję się na tyle zakręcona, że ufam, że pisanie pomoże mi się odkręcić. Jak widać z faktu, że po jakimś czasie każdy zarzucam, chyba (trochę) pomaga.

3 responses »

  1. Ania super sobie radzi. Serio, serio!
    Kryzysy mniejsze i większe będą, ale świetnie że lubi tam być. Na prawdę nie ma możliwości, żebyś weszła z nią do sali? J. też chodzi do państwowej placówki, ale co rano wchodzi do sali z Tatą – myją razem łapki, robią siku (no, Młody robi ;)), J. pokazuje czym będzie się bawił, po czym sam mówi: „Tata, idź już”. 🙂
    Wiem, że każde przedszkole ma swoje zasady i nigdy nie będzie nam pasować w 100%. Montessori też mogłoby mieć wady, bo wszystko zależy od personelu. Mnie też niektóre rzeczy wkurzają, ale ważne że dziecko jest zadowolone – i dzisiaj też chciał leżakować.

  2. dziękuję za odwiedziny 🙂
    wiele nas łączy. odkąd E pojawiła się na świecie, uczę się każdego dnia cierpliwości. wcześniej wszystko musiało być na już, a teraz muszę zachować spokój i wykazać cierpliwość do swojego dziecka.
    jestem jej wdzięczna za tę lekcję.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s