Monthly Archives: Sierpień 2012

Zjawiska konwekcyjne

Zwykły wpis

Zdaje się, że tak się nazywa taki stan pogody jak to, co emocjonalnie przeżywamy od powrotu z wakacji z Anią.

Chwila spokoju, potem coraz cięższe powietrze i masa wyładowań atmosferycznych, po których następuje krótka cisza przed następną burzą.

Read the rest of this entry

Reklamy

Czas wydzierany

Zwykły wpis

Najzwyczajniej w świecie nie mam kiedy pisać. Bo nawet jak mam chwilę, to siły nie mam. Teraz postanowiłam zrezygnować z wymarzonej od samego przebudzenia drzemki z Anią i coś jednak zrobić „dla siebie”. Bo ostatnio nie ma za bardzo kiedy. Read the rest of this entry

„Piotras and friends”

Zwykły wpis

Jestem pociągiem. Pociągami. Co chwilę innymi. Piotrkiem, Gabrysiem, Emilką, „Towikiem”, „Karoldem” (to helikopter, ale bywa także pociągiem). Bywam dźwigiem Karolkiem i muszę sprzeczać się z Tomkiem o to, który z nas jest silniejszy. Tak, czasem kopnie mnie też zaszczyt i bywam Tomkiem.

Zdarza się, że jestem Puchatkiem, który przebiera się za Karolka i bawi się z Prosiaczkiem, który udaje Tomka. Scenariuszy jest wiele, nieodmiennie są skomplikowane i bardzo szczegółowe. Read the rest of this entry

Przemienienie

Zwykły wpis

Biegając wczoraj wieczorem (udało mi się wrócić do biegania po długiej przerwie – wczoraj trzeci dzień już truchtałam i było super po kryzysie dwóch pierwszych dni), jak zwykle próbowałam się modlić. To dla mnie najlepsza okazja na indywidualną modlitwę. Myślałam o wczorajszej Uroczystości Przemienienia Pańskiego, którą od dawna darzę wielkim uczuciem i żałuję, że jest tak mało znana przeciętnemu chadzaczowi do kościoła. Ja sama odkryłam ją chyba dopiero jako dorosła. I udało mi się jakoś sedno wczorajszego  święta odnieść do tego, co pisałam wcześniej o konfliktach z Anią i moim pogubieniu w nich.Istota wczorajszej uroczystości została trafnie wyrażona w słowach z wczorajszej Godziny Czytań:

Jezus objawił uczniom tę tajemnicę na górze Tabor. Gdy wędrował wraz z nimi, uczył o królestwie i o swoim powtórnym przyjściu w chwale. Oni jednak, jak się zdaje, nie dowierzali temu, co mówił im o królestwie. Aby więc przyjęli ową naukę całym sercem, aby wydarzenia obecne pomogły im uwierzyć w przyszłe, Jezus okazał cudownie swe Bóstwo na górze Tabor jako zapowiedź i obraz królestwa Bożego.

To nie Jezus się przemienił. To oni zobaczyli. Jego tajemnica była z Nim cały czas. A jednak musieli ją odkryć (jak wierzę, sam jako człowiek także ją odkrywał przez całe życie) i nie było to dla nich łatwe.

Mnie także trudno w codziennych zmaganiach pamiętać i wierzyć, że nie wszystko kończy się na moich nieudolnych staraniach. Nie wierzę, bo jestem niecierpliwa.

Na szczęście Pan pochyla się nad nami i wprowadza na Górę, by pokazać, że Coś Więcej jest. JEST. I choć po chwili znów zniknie z oczu, szaty przestaną błyszczeć i okryje je kurz, to JEST.

Jezus ukazał się uczniom taki, jaki był w oczach Boga. Jego umiłowany Syn. I wierzę, że mi pragnie pokazać, że ja także jestem umiłowaną Córką. I Ania. I każdy.

Mój Spowiednik twierdzi, że modląc się, uczymy patrzeć na innych Bożymi oczami, widzieć ich takimi, jak ich widzi Bóg. Wtedy łatwiej kochać.

Wczoraj na chwilę zobaczyłam przynajmniej nadzieję na to.

 

Codzienność

Zwykły wpis

Dziękuję za wszystkie dobre słowa po poprzedniej notce. To nie jest tak, że ja się stale uważam za beznadziejną albo jakoś szczególnie dręczę tym, co bym mogła, a mi się nie udało. Jednakże opisane w owej notce zaszłości wskazują, że coś tam w głębi mojej duszy jest nie tak. I pewnie kiedyś się tym zajmę.

Tymczasem ogarniam rzeczywistość.

Read the rest of this entry

Niby o Ani, ale jednak o mnie

Zwykły wpis

Wróciliśmy z wakacji. Mąż jutro wraca do pracy, ja zaczynam dziś po południu.

Mimo że było krótko, intensywnie, a chwilami nerwowo, to odpoczęłam. Mam dziś masę energii. Cieszę się tym, kim jestem, z kim jestem, gdzie jestem, co robię. Staram się ponapawać tym stanem, bo znam jego (a może raczej swoją) kruchość.

Spędziliśmy dwa tygodnie z moimi Rodzicami (co pewnie wyjaśnia jakoś, czemu czasami było nerwowo), częściowo w Gdańsku, częściowo na Kaszubach. Ania wybawiła się z Dziadkami (głównie Babcią) za wszystkie czasy, spędziła też masę fajnego czasu z nami. Jest naprawdę świetną kompanką wycieczek, jeśli tylko zapewni się Jej wystarczającą liczbę restauracji. Nadzieja na restaurację potrafi zmotywować do wielu przedsięwzięć;-) Ale zachwycała się też skansenem kolejowym, lasem, jeziorem, jedzeniem na trawniku, skakaniem po pieńkach, oglądaniem żab…

A ja zachwycałam się Anią. Naprawdę możliwość spojrzenia z dystansu bardzo pomaga. Jest niezwykła. Tak mądra, logiczna, elokwentna, rezolutna, dowcipna…

Lingwistycznie rozwinięta ponad wszelkie moje wyobrażenia. I nie chodzi tylko o znajomość słów czy poprawne stosowanie zwrotów. Ale o Jej autentyczną fascynację słowami, zamiłowanie do odgrywania scenek z użyciem ciekawych fraz, układaniem wierszyków czy piosenek, a wreszcie – jak już wszystkie wcześniej wymienione atrakcje się znudzą – “gadaniem językami”, jak nazywa to Mama. Ania długo, zapamiętale i sensownie (wiem, trudno to ocenić, ale ja wyczuwam w tym sens) potrafi perorować za pomocą zbitek sylab czasem nie przypominających niczego, a czasem wyraźnie zaczerpniętych ze znanych sobie słów w różnych językach. Często da się też rozpoznać, czy jest to zainspirowane polskim czy angielskim – po wymowie, melodii języka, czasem wtrącanych znanych ludzkości słowach. A, jeszcze coś – Ona rozumie z kontekstu, o czym mówi się przy Niej po angielsku. Nie uczę Jej jakoś planowo czy metodycznie, ale jednak potrafi słuchać (interaktywnie), jak po angielsku czytam, a jak – chcąc, by nie zrozumiała – rozmawiam z Mężem albo Rodzicami po angielsku, nieraz wtrąca się na temat. Na przykład mówię mojej słodyczoholicznej Mamie: “Please, don’t eat any more icecream or cake when the Little One is around, I don’t want her to have any more sweets after yesterday’s party”, a za minutę Ania (zupełnie z głupia frant) pyta: “A czy dzisiaj też mam imieninki?”. Mówię: “Nie, czemu pytasz”, a Ona: “Bo może można by jeszcze zjeść tort”…

No więc zachwycam się. Ale…

Przyłapałam się na tym, że często pytam moich Rodziców, czy ja też w wieku Ani robiłam to i owo, czy zachowywałam się podobnie itp. I że oczekuję odpowiedzi negatywnej, czuję się zaniepokojona, że w większości spraw potwierdzają, że ja byłam podobna. Zapytałam sama siebie: dlaczego? Dlaczego wolałabym wiedzieć, że ja byłam inna (w domyśle: mniej zdolna, mniej fajna) niż Ania. To pytanie pozwoliło mi dowiedzieć się o sobie czegoś bardzo trudnego.

Boję się, że Ania – mimo że teraz jest taka cudowna – w przyszłości będzie jak ja. To znaczy: taka beznadziejna, no przynamniej kiepska, nieudana, jak ja. Tak, tak coś w głębi mnie to widzi.

Odważyłam się to zwerbalizować przed Rodziną. Dowiedziałam się, że oczywiście nie jestem beznadziejna. No ale…

Pytam się dalej: dlaczego uważam się za beznadziejną? Bo nie mam pracy na etat… doktoratu… czytam za mało książek… nie znam się na naukach ścisłych… jestem gruba… To wszystko po części prawda – to znaczy prawda, że to mnie uwiera. Ale czuję, że problem jest znacznie głębiej, choć jeszcze nie wiem, gdzie.

Dobrze, że to sobie uświadomiłam, choć ciągle jeszcze nie wiem, co z tym począć. Ale może pomoże to i Ani – bo skoro jest we mnie obawa, by nie była jak ja, to na pewno jakoś by to na Nią wpływało.