Cierpliwość i szaleństwo, i mówienie „nie”

Zwykły wpis

Dni lecą jak szalone.

Masa pracy, żeby przed wakacjami zakończyć dwa tłumaczenia (jedno w zasadzie zrobione, ale teraz to, czego nie lubię najbardziej – autopoprawki) i spokojnie odpocząć od połowy lipca. Pojawia się też perspektywa nowego ucznia na wakacje (przygotowanie do poprawki), dziś się z nim spotkam, zobaczymy. Jak się pracuje na swoim i to w branży edukacyjnej, to człowiek nie lubi wakacji;-)

Nie dostałam grantu i nie wiem, co z doktoratem, ale czuję jakąś wolność i nadzieję, że się może kiedyś uda. A może w tej chwili to niepotrzebne zmartwienie. Cierpliwości.

Szukam pracy w wydawnictwach, ale jak to ja nieśmiało. A przydałoby się jakieś tłumaczenie na polski, bo to jednak trochę łatwiej. Ale muszę się strasznie przemagać, żeby te CViki wysyłać.

Z Anią… ciekawie. Niesamowicie się rozwija.

Opowiada takie rzeczy, że choćbym chciała spisać, nie dam rady. I choć znamy się już całkiem długo, to ciągle zadziwia mnie i zachwyca Jej elokwencja. Nawet w najprostszych rzeczach: „Zobacz, Mama, ten ponciąg to jest Hirek. Zbudowaliśmy go z klocków, bo nie mieliśmy lepszego pomysłu, z czego go zbudować”. Albo: „jak ktoś jest głupi, to maluje tory na niebiesko” (Nie wiem, skąd takie uprzedzenia, na pewno nie ode mnie, więc pytam:) „A Tobie się podobają tory na niebiesko?”. Ania: „O, tak. Czasem jestem głupia, a czasem mądra”;-) Czy coś w tym stylu.

Swoją drogą, coraz lepiej rozumiem, dlaczego należy unikać takich oceniających epitetów. I dlatego zapewniłam Anię, że też lubię tory na niebiesko i na fioletowo i od tej pory zawsze je koloruję na dowolny, jak najmniej srebrny kolor;-) Ale to ocenianie jest straszne. Mamy nowego sąsiada, rok starszego od Ani. OK, do spokojnych nie należy, ale też nie widzę w Nim jakiegoś wyjątkowego ancymona. A niestety Jego Mama zdążyła już poinformować Babcię Ani jak i mnie, że On jest niegrzeczny. No i widzę, jak mocno Jej ta łatka zasłania wzrok. Wczoraj na widok Ani i mój Chłopiec wychylił się przez płotek (sąsiadujemy przez tarasy) i zawołał „Dzień dobry”. Minutę później Mama ofuknęła Go: „A Ty czemu nawet nie powiesz: dzień dobry?”. Działo się to 2-3 metry od Niej.

Nie piszę, żeby się czepiać, ale po to, by sama lepiej pamiętać, by się nie przywiązywać do obrazu dziecka, jaki się ma. Bo chyba nie da się nie mieć.

A nasze Dziecko? Ma ostatnio niezwykłe pokłady energii. Co jest miłe i radosne. Ale zmusza do funkcjonowania na wysokich obrotach wraz z Nią przez cały dzień. Zwłaszcza w upale jest to trudne, my z Mężem padamy na ryjki, a Ania wymyśla coraz to nowe zabawy, nawija nieustannie i promuje nieprzyzwoity w tych warunkach entuzjazm;-)

Uczę się – a okoliczności wyżej opisane wydają się sprzyjające – mówić Jej „nie chcę”. Przeczytałam wreszcie długo na mnie czekającą książkę Jespera Juula „Nie” z miłości. Serdecznie polecam. Wreszcie znalazłam podejście, które pokazuje „nie” nie jako element tresury, ale jako motyw autentycznej relacji i prawdziwego dialogu dwóch żywych osób o równej godności. Widzę, jak trudno mi powiedzieć „nie chcę” Ani. Łatwiej mi czegoś odmówić, kiedy mnie to nie dotyczy. Umiem nie kupić ciastka, wyłączyć telewizor, zarządzić powrót z placu zabaw do domu. Dobrze znoszę wtedy Jej niezadowolenie i złość, pozwalam być niezadowoloną, a jednocześnie spokojnie przeprowadzić to, co uważam za dobre. Ale jeśli chodzi o mnie i moje potrzeby czy możliwości – bardzo trudno.

No i od dwóch dni próbuję. I okazuje się, że Ania ma (w tej chwili) znacznie większą tolerancję na moje „nie” niż się spodziewałam. Tylko muszę być spokojnie stanowcza. A raczej wewnętrznie przekonana, że mam prawo nie chcieć w danej chwili się pobawić, tylko woleć skończyć coś, co robię, a potem się pobawić. Albo nie biec, żeby dać Ani coś, o co prosi, jeśli może to zrobić sama. Mówię: „W tej chwili robię obiad i nie chcę iść do Twojego pokoju po Twoje xyz. Możesz przynieść sobie sama, a jeśli chcesz, żebym to ja zrobiła, to musisz poczekać”. I to wystarcza, przynajmniej aby poczekała spokojnie.

A że mówienie i przyjmowanie czyjegoś „nie chcę” jest bardzo ważne pokazuje mi także przykład jednej z dziewczynek z zajęć adaptacyjnych, na które chodzimy. Swoją drogą, choć samej przed sobą mi wstyd, muszę przyznać, że to pierwsze w moim świadomym życiu dziecko, którego nie lubię. No po prostu denerwuje mnie jak mało kto. Zastanawiałam się, czemu, i chyba wczoraj zrozumiałam. Ona nie rozumie słów: „Nie chcę”. Przynosi Ani jakąś zabawkę i usiłuje wcisnąć do ręki. Kto zna Anię, może się domyślić, jaki ma do tego stosunek. Jako że Ania dość stanowczo mówi, że nie chce i po kilku powtórzeniach (a naprawdę się stara, mówi: „Nie chcę”, „Nie potrzebuję”, „Nie mam ochoty” – tak jakby chciała, by dziewczynka w końcu zakumała) po prostu bierze tę rzecz i rzuca jak najdalej od siebie albo sama się odsuwa, żeby się oddalić od natręta, dziewczynka ta… z równą determinacją próbuje wręczyć tę samą rzecz mnie. Jako że mam lekką wadę mięśni oczu i przy dużym zbliżeniu widzę podwójnie, jestem bliska furii, gdy delikwentka przysuwa mi obiekt na odległość milimetrów od oczu. Mówię: „Dziękuję, nie chcę” albo „Nie chcę się teraz tym bawić, możesz to odłożyć na bok” albo coś podobnego na wiele różnych sposobów, a Ona jakby w ogóle nie słyszała tej odmowy. Nie rozumiem, z czego to wynika, ale już rozumiem, czemu mnie to dziecko tak denerwuje…

A więc w tym szaleństwie codzienności próbuję cierpliwie nie utonąć. Bo mam skłonność do tonięcia w nawale rozpoczętych i przerwanych spraw. Może to mówienie „nie”, a przynajmniej uświadamianie sobie, czego autentycznie nie chcę, a czego chcę, mi trochę pomoże.

Reklamy

4 responses »

  1. Najbardziej lubię w książkach Juula to, że podkreśla on, że relacja rodzic-dziecko ma być naturalna. I to jest to co mi przeszkadza w szkole Gordona czy innych – mówienie do dziecka „gotowcami”, które są sztuczne, nieprawdziwe.

    Mam tendencje oceniania innych. Dlatego, że łatwiej mi stojąc z boku zobaczyć jak wygląda jakieś zachowanie i jakie są jego skutki (zwłaszcza kiedy znam kogoś dłużej). W ten sposób też się uczę. Chociaż ktoś może uznać, że to zwykłe czepianie 🙂

      • A, oki doki, dzięki:-) Swoją drogą, naprawdę dzięki jakiejś łasce mam ostatnio łatwość nieoceniania innych. Raczej współczuję niż osądzam. Sama nie chciałabym, żeby mnie czasem ktoś oceniał za macierzyńską niekompetencję, każdy ma gorsze zagrania…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s