„Nie woli się pani miesiąc przemęczyć?”

Zwykły wpis

Rozmawiałam z Sąsiadką, która ma synka kilka tygodni młodszego od Ani. Żłobkowego. Gadałyśmy o przedszkolu i o moich obawach, jak Ania się tam zaadaptuje. Sąsiadka po pierwsze prezentowała postawę: „Jak rodzic się martwi, to dziecko też będzie, nie ma co się przejmować, wyjdzie pani i już zaraz będzie ok”. Potem, jak opowiedziałam o reakcjach Ani na zajęciach adaptacyjnych zmieniła jednak front i przyznając, że faktycznie może nie być tak łatwo, stwierdziła – gdy powiedziałam, że rozważamy rezygnację: „A nie woli się pani miesiąc przemęczyć?”

No i tak sobie myślę (nie oceniając osoby, którą po pierwsze mało znam, po drugie o ile znam, to naprawdę lubię) – jak łatwo nam pomieszać sobie w głowie kto jest kto. Przecież to nie ja bym się męczyła i miesiąc (czemu akurat miesiąc?) płakała, tylko Ania… Ale chyba jakoś trudno nam powiedzieć, że to dziecko może cierpieć. Bezpieczniej czujemy się, myśląc o naszym, dorosłym, rodzicielskim problemie z dzieckiem.

 

To chyba jest rewolucyjne (a jak się już przejdzie tę rewolucyjną przemianę staje się zupełnie oczywiste) w Rodzicielstwie Bliskości, że pamięta się, że problem to przede wszystkim problem dziecka. Płacze, bo mu źle, a nie po to, żeby mi było przykro. Nie chce czegoś zrobić, bo jakoś to w nie uderza (a nie mamie na złość). Jak zdamy sobie z tego sprawę, to dopiero wtedy możemy podejmować odpowiedzialne decyzje – kiedy powiedzieć potrzebie dziecka „tak”, a kiedy uczciwie nie możemy tego zrobić. Albo nie chcemy.

Przy okazji polecam dwa świetne – mądre i jasne teksty o płaczu dzieci na blogu W świecie żyrafy: Płacz i trudne emocje z naukowego punktu widzenia oraz Jak być przy płaczącym dziecku.

No więc pytanie o przedszkole brzmi: „Czy wszystkie nasze rodzinne uwarunkowania: praktyczne, finansowe, zawodowe usprawiedliwiają to, żeby Ania miała się przemęczyć?”. To jest uczciwie postawione pytanie. I stawiając je, nie jestem pewna odpowiedzi. To znaczy, wydaje mi się, że jesteśmy w stanie dać radę bez konieczności wysyłania Ani do przedszkola już w tym roku. Ale może być to trudne, bo oboje jesteśmy na jakichś tam zawodowych rozdrożach. Łatwiej by było wiedzieć, że przynajmniej to jest „załatwione”, dziecko cudem dostało miejsce w przedszkolu i teraz można zająć się tylko tym, żeby przez czas Jej obecności w przedszkolu jak najwięcej zarobić i potem móc spokojnie się dzieckiem zająć.

Z drugiej strony, odkrywam, jak bardzo trudno mi ocenić, czy Ania dojrzała do przedszkola, czy nie. Intuicja bardzo jasno mówi mi, że nie. Że jest na dobrej drodze, ale na dziś nie jest gotowa. Czy będzie gotowa za 2,5 miesiąca? Nie wiem. Może gdyby to było przedszkole Montessori, to owszem, z większą swobodą, mniej sztywnym harmonogramem, etc. Natomiast nie widzę Ani zupełnie w ponad 20-osobowej grupie dzieci w małej sali, kiedy wszystko jest na akord, trzeba robić to, co inni, etc. No ale z drugiej strony jest we mnie brak zaufania do siebie samej. Jakiś głos, który mówi: „Aleś ty przewrażliwiona…”. Nigdy nie chciałam być matką nadopiekuńczą. Mam jedną taką w dalszej rodzinie (jej dzieci są kilka-kilkanaście lat młodsze ode mnie) i zawsze była dla mnie kosmitką, roztrząsającą nerwowo, do jakiego liceum wysłać synów, jak zapewnić mu najlepszy start, ile zajęć dodatkowych, etc, etc. Moi Rodzice byli przy niej luzakami i ja dobrze się w tym luzackim stylu czułam. Współczułam J. i T., którzy byli wiecznie analizowani (z niepokojem), których życie planowano i kontrolowano. Trochę się boję, że może i ja mam taką tendencję. Teraz boję się wysłać Anię do przedszkola, potem będę się bała szkoły, potem będę siwieć rozmyślając, na jakie zajęcia Ją zapisać…

Cieszę się, że w tym wszystkim mam 100% oparcie w Mężu i że razem myślimy, co zrobić w sprawie przedszkola Ani i że nie czuję z Jego strony żadnej presji, aby na pewno wysłać Anię do placówki i pracować na pełen etat (choć finansowo by się to bardzo przydało). Mąż w tej kwestii okazuje więcej optymizmu niż ja i przekonuje mnie, że znajdziemy jakieś rozwiązanie.

Więc chciałabym się jeszcze poukładać sama ze sobą. Żeby nie oceniać siebie jako matki zwichrowanej, przewrażliwionej czy nieudolnej, skoro moje dziecko wydaje się niegotowe na przedszkole. Chciałabym też umieć spokojnie dać Ani szansę. Póki co postanowiliśmy poczekać do 3 dni sierpniowej adaptacji w przedszkolu i wtedy zobaczyć. Ale szukamy też alternatyw.

Nie ukrywam, że czuję się pogubiona.

Reklamy

18 responses »

  1. A nie macie możliwości poszukania dla Ani przedszkola z mniej liczną grupą? Bo 20 dzieciaków to faktycznie przerażający tłum (tak, ja wiem, że to norma w polskich przedszkolach, ale nie znaczy to, że to jest ok).
    A może nie wdrażać jej od razu od września, tylko z małym poślizgiem? Chodzi mi o to, że Kubuś dołączył do grupy w klubie malucha w lipcu, kiedy reszta grupy już się dobrze znała. I dzięki temu widział jak funkcjonują inne dzieciaki i że to nie jest takie straszne. Po drugie ciocie miały łatwiej bo musiały się „uczyć” tylko jego, resztę dzieci już znały. Zresztą przez pierwsze dni miał jedną ciocię tylko dla siebie (ale to prywatny, mały klub).
    Jeszcze ewentualnie trzecia możliwość przychodzi mi do głowy – wysłanie Ani do przedszkola tylko na kilka godzin (nie wiem na ile miałaby chodzić?) i stopniowe wydłużanie tego okresu. Kubu dopiero po prawie roku osiągnął zostawanie na cały dzień, wcześnie bywał na godzinę, potem na dwie, potem do drzemki, potem do 15 i dopiero teraz jest do 16. I wydłużanie poszło właściwie bezboleśnie.

    Dobra, to się pomądrzylam, a we wrześniu też będę obgryzać paznokcie ze zdenerwowania 😉

    • No, właśnie nad jakąś „elastyczną” formą myślimy. Nie planowaliśmy Jej od początku wysyłać na cały dzień, w ogóle zakładaliśmy, że w tym roku niech pochodzi do po obiedzie, max do 15, gdyby bardzo dobrze się tam czuła. Ale póki co trudno mi sobie wyobrazić, żeby została do tej 12, bo po 2 razach, kiedy została na zajęciach adaptacyjnych na godzinę, pilnuje mnie teraz jak nie wiem i nawet z Babcią nie chce zostawać, a jak zostaje z Tatą, to spokojnie, ale zawsze mówiąc mi, jak to nie lubi, kiedy ja wychodzę i jak chce, żebym już wróciła, etc. Więc widzę, jakie to dla Niej póki co trudne. Gdyby nad było stać na prywatne przedszkole, mogłoby być inaczej, ale póki ja nie pracuję w większym wymiarze niż teraz, to nie ma opcji, by nas było stać. A trudno mi podjąć decyzję co do pracy, dopóki nie wiem, co z Anią i Jej możliwościami przedszkolnymi…
      W każdym razie nie chcę zupełnie rezygnować z jakiejś formy chodzenia Ani gdzieś, tyle że na dziś dzień zupełnie nie widzę Jej w tej formie, którą ma od września zapewnioną.

      • Rozumiem Twoje dylematy. Przed nami jeszcze trochę czasu, ale już jakoś tam o tym myślimy, zwłaszcza, że zdecydowaliśmy się na prywatne, więc będę musiała w miarę szybko wrócić do pracy. Liczymy na to, że parę miesięcy jeszcze się uda z jedną pracą i przedszkolem (najwyżej się zadłużymy, to przecież tylko czasowe :)).

        Spójrz na ostatnie 3 miesiące, jak się Ania zmieniła i przez najbliższe 2.5 dalej będzie się zmieniać. Może warto sobie pozwolić na trochę tego luzu i wycofać się do pozycji obserwatora? Może napięcie, które czujesz przeszkadza jakoś Ani.

  2. Dziękuję, Droga Kwokogórska. Dużo mądrych rzeczy napisałaś. Tak, myślę, że teraz kiedy już sobie przynajmniej ułożyłam w głowie, że być może trzeba będzie zmienić plany, powinnam odsapnąć i pozwolić czasowi płynąć. Może za bardzo chcę kontrolować. Co do zmian przez ostatnie 3 miesiące to w tych sprawach, które mnie „niepokoją” nie widzę wielkich zmian. A do dobrej adaptacji w przedszkolu moim zdaniem konieczne są w wypadku Ani jeszcze duże zmiany, a nie małe zmianki. Wyobrażam sobie w przedszkolu te dzieci, z którymi chodziłyśmy ostatnio na zajęcia adaptacyjne. Też bywały z nimi „problemy”, ale ogólnie zachowywały po wyjściu mam spokój i jeśli się frustrowały, to tym, że ktoś chciał tę samą zabawkę, co one, albo że pani czegoś zakazała. A Ania nawet przy mnie była tam cały czas w napięciu, a beze mnie prawie ciągle płakała (zwłaszcza za drugim razem z tą drugą panią). To kolosalna różnica. Tamte dziewczynki chodziły z panią umyć łapki, pozwalały sobie pomóc, a Ania nie chciała nawet wejść ze mną do łazienki, dopóki pani z dziećmi nie wyszły… To jest naprawdę trudne.

    • „Co do zmian przez ostatnie 3 miesiące to w tych sprawach, które mnie “niepokoją” nie widzę wielkich zmian.”
      Ale może gdzieś równolegle rozwijają się umiejętności, które jej w przedszkolu pomogą? Przez ostatnie 3 miesiące pisałaś o tym, że: Ania dobrze wie czego potrzebuje, potrafi podejmować samodzielne decyzje, powiedzieć co jej pasuje, a co nie, obronić swoich granic. O tym, że nie nabiera się na kłamstwa i posiada umiejętność wyrażania własnego zdania ;-). Oraz o tym, że jest osobą elokwentną, rezolutną, szczerą. Potrafi żartować, jest wrażliwa na innych… To wszystko są cechy, które bardzo jej wśród ludzi pomogą, nawet jeżeli wciąż dużo energii będzie musiała poświęcać na obronę tych granic, które są dla niej ważne.
      Może nie chodzi o tempo zmian, tylko o ich jakość. Może Ania potrzebuje więcej czasu, a może też Ty go potrzebujesz. Dobrze, że rozważacie różne opcje. Dobrze jest mieć wybór.

      • Dziękuję. To prawda, ja także ufam, że te cechy, które wymieniłaś, pomogą Ani na dłuższą metę. Jednak co do zmian… Nie wierzę, że ktoś może się drastycznie zmienić w parę miesięcy. Ania nigdy nie była typem dziecka, które zaczepia innych, która chętnie nawiązuje kontakt z nowymi osobami (ale jak już nawiązała, to jest bardzo chętna i otwarta, wymaga to jednak sporo czasu). Zawsze bardzo się mnie trzymała. Nie wydaje mi się, że może tak nagle przestać się bać innych dzieci (choć wierzę, że w końcu przestanie panikować. To ciekawe, w piaskownicy potrafi się z kimś razem bawić – zamknięta przestrzeń, ale jednak spora?… a na placu zabaw, na huśtawkach, zjeżdżalniach itp jednak zwiewa, jak widzi dzieci. Choć dziś już nie krzyczała, tylko się odsuwała, jak poszłyśmy…) albo nie przejmować się rozstaniem z rodzicami… No cóż, zobaczymy.

  3. Nie pamiętam, ile Twoja Ania ma lat, ale ja mojej nie posłałam do przedszkola jako trzylatki.
    Nie mam możliwości wyboru przedszkola z małą ilością dzieci w grupie, nie mam możliwości posyłania jej na mniejszą ilośc godzin… Oboje pracujemy, a dziadkowie nie są na tyle mobilni, żeby odbierać ją wcześniej.
    Mam za to wsparcie Babci, która też była z wstrzymaniem się z tym przedszkolem. Uważam, że dla nas to był dobry wybór. W tym roku Młoda pójdzie od września. Też mam stracha (ja!), ale myślę, że jest gotowa „iśc w świat” 😉

    • Dzięki za odpowiedź, Mamo Kangurzyco! Ania będzie we wrześniu miała 3 lata. Czy możesz mi napisać, czemu nie wysłałaś Jej w wieku 3 lat? Po prostu tak założyliście, czy też widziałaś, że nie jest gotowa? A jeśli to drugie, to co się zmieniło przez rok i jak to się dokonało? Będę wdzięczna za odpowiedź!

      • Hmm… powiem Ci tak… Planowałam posłać ją w zeszłym roku od września, ale potem zapytałam siebie samej „dlaczego?” I wyszło mi, że właściwie tylko dlatego, że tak się utarło, że trzylatki idą do przedszkola. Przerażało mnie, że będzie w dużej grupie (w moim mieście nie ma malutkich kameralnych przedszkoli) i że będzie tam musiała przebywać prawie 9 godzin. A to jeszcze taki maluszek był. Poza tym miałam deklarację Babci, że spokojnie jeszcze rok z nią posiedzi w domu.
        Nigdy nie chodziliśmy na żadne zajęcia integracyjne czy jakieś tam, bo nie widziałam potrzeby, więc w sumie nie wiem, jak ona się zachowuje w większej grupie. Ale ona raczej z tych, co chcą rozkazywać, więc liczę że nie będzie źle 😉
        A teraz… uważam, że w tym roku to będzie dobry czas, bo Młodej zaczyna się nudzić w domu, szuka kontaktów z innymi dziećmi, wygląda na gotową. Byliśmy podpisywac umowę w przedszkolu i mówiła że jej się tam podoba – zabawki, plac zabaw itp itd.
        Do tego stała się bardziej samodzielna, jeśli chodzi o sprawy toaletowe, prawie nie zdarzają się jej wpadki sikowe i inne 😉 No i można się z nią naprawdę fajnie dogadać w wielu sprawach.
        Myśle, że u nas jest jednak o tyle inna sytuacja, że Młoda i tak jest w domu z Babcią a nie ze mną, więc może będzie miałą mniejsze opory przed zostaniem w przedszkolu (taką mam nadzieję…)

  4. Poukładasz się sama z sobą i zobaczysz to, co jest, a nie to co widzisz. To moja ulubiona definicja intuicji 🙂 Spokojnie. Cierpliwie. Pewnie wejdziecie razem we wrzesień. Cokolwiek postanowisz.

  5. Myślę sobie tak; że nasze nastawienie na pewno wpływa na nasze dzieci; i że jednak żal byłoby rezygnować nawet nie próbując. Bo nasze dzieci nas zaskakują. Wbrew temu co myślimy, może być zupełnie inaczej; nawet jeśli miałabyś miesiąc chodzić z nią; albo zaprowadzać ją tylko na kilka godzin; zobaczysz jaka jest jej reakcja i wcale nie musi nią być cierpienie…. Moja córka miała trochę ponad półtora roku; i ja czułam, że opieka nad nią na pełen etat jest dla mnie coraz większym obciążeniem; zaczynałam być tym sfrustrowana i łapałam się na tym, że okazuję także jej moje zniecierpliwienie. Pierwsza próba, z nianią – która miała pod opieką jeszcze jedno dziecko w wieku A. okazała się totalną klapą. . wydawało mi się, że to najlepsze co można jej dać; spokój, kontakt z innym dzieckiem, żadnej wielkiej grupy, dom, rozstanie ze mną na 5-6 godzin dziennie.nie było szans. Dwa miesiące później postanowiłam spróbować z klubem malucha; z małą grupą, fajnymi ciociami. Pierwsze trzy dni były super; potem jeden dzień okropny, po którym miałam ochotę tam nigdy nie wrócić; ale postanowiłam spróbować jeszcze jeden ostatni dzień i się przekonać. I co? Okazało się, że ten jeden dzień kryzysu był właśnie takim przełomem, po którym wszystko było ok. A. wpasowała się w spanie, w siedzenie w grupie przy stoliku, chodzi do klubiku chętnie, czasem nie chce iść jeszcze do domu kiedy po nią przychodzę. W domu się nudziła, monotonia dnia była dla niej i dla mnie męcząca i trudna, teraz obie jesteśmy zadowolone; bardzo ładnie się rozwija; jest i była samodzielna, otwarta, uśmiechnięta, pogodna. Cały ten mój przydługi wywód ma za cel tylko pokazanie, że nie zawsze od razu jest tak jak nam się wydaje, że będzie. Myślę, że warto spróbować. Przecież rezygnacja po tygodniu czy dwóch też jest możliwa; przecież nie musisz skazywać jej na miesięczny płacz i cierpienia. Przecież możesz z nią być; może zostawać stopniowo, na godzinę, dwie, cztery, myślę, że warto być dobrej myśli :”)Pozdrawiam.

    • Dziękuję, że podzieliłaś się Waszym doświadczeniem.
      Widzisz, gdybym mogła tam z Nią zostawać, patrzyłabym na to zupełnie inaczej. Ale przedszkole widzi to tak: 3 dni po 3 godziny na koniec sierpnia, a potem żegnamy rodziców. No i to jest dla mnie nie do wyobrażenia.
      Jasne, mogę się pozytywnie zaskoczyć. Ale dotychczasowe doświadczenie jest inne. Raz Ania sama z siebie zaproponowała, że zostanie sama z Panią w kulkach. Po 10 minutach Pani mnie wezwała, bo gdy tylko wyszłam, Ania zaczęła siedzieć i płakać i pani nie była w stanie nic zrobić. Potem było parę miesięcy przerwy i te zajęcia adaptacyjne w klubie. Wyszłam raz na godzinę – Ania płakała kilka razy, wyszłam drugi raz – płakała ponoć gorzej i od tej pory ciągle prosiła, by Jej nie zostawiać. Po jakimś czasie znów chciałam wyjść, Ania się niechętnie zgodziła, ale jeszcze nie zdążyłam wyjść z budynku, gdy dogoniła mnie pani prowadząca i poprosiła, bym nie szła… Kumacie?
      Może Ania tak da w kość paniom w przedszkolu, że zmienią reguły i pozwolą mi zostawać, jeśli będzie potrzeba? Żartuję z tym dawaniem w kość. Ale Ania po prostu wpada w nieutulony żal i rozpacz.
      Na razie nie planuję rezygnować. Ale dałam sobie (razem z Mężem daliśmy) pole do tego, żeby nie forsować tego na siłę. Pójdziemy na te 3 dni w sierpniu i już co nieco wyczuję. A we wrześniu spróbuję Ją zostawić choć na godzinę i zobaczymy, co będzie. Tylko nie wiem, czy będę umiała wtedy podjąć prawidłową decyzję.
      Tak bym chciała, żeby była większa elastyczność, większe pole do dostosowania się do potrzeb konkretnego dziecka… No, jeszcze za 2 tygodnie jest zebranie, może wtedy porozmawiam z panią dyrektor (przy podpisywaniu umowy wydała się sympatyczna, może uda mi się z Nią porozmawiać i okaże się, że jest większy margines – choćbym miała siedzieć w szatni albo coś)…

  6. To zabawne, bo dziś z mamą rozmawiałam jak ja nie lubiłam chodzić do przedszkola. Miałam trzy i pół roku jak tam poszłam. Ale nigdy tam nie lubiłam chodzić. Były tylko dwie panie, które były fajne. Tęskniłam za mamą. Jak przychodziła po mnie do przedszkola to poznawałam ją po zapachu kosmetyków. Albo mi się tak wydawało. Ludzie generalnie nie lubią chodzić do przedszkola albo szkoły.

  7. Pingback: Powierzyłam Anię przedszkolankom « Love's patient

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s