Moja mała roślinka

Zwykły wpis

Wspaniałej książce „Dziecko z bliska” Agnieszki Stein (zachwalam ją ostatnio w każdym wpisie zupełnie bezinteresownie, a szczerze) zawdzięczam porównanie wzrastania dziecka do rozwoju rośliny. Nie, żeby ona pierwsza na to wpadła, to porównanie jest dość oczywiste („rośnie”, etc), ale zarówno książka, jak i teksty Agnieszki w różnych miejscach w Internecie dobrze mi unaoczniły tę metaforę. I widzę, jak cudownie pasuje do Ani.

Pozwolę sobie na cytat:

Brzoskwinia to brzoskwinia. Dobra lub zepsuta. Choćby nie wiem jak się starać, to nie będzie z niej pomidora.

Rozwój zachodzi od wewnątrz. Jest realizowaniem wewnętrznego programu i potencjału zawartego w każdej żywej istocie. Dzieje się w relacji z otoczeniem, ale nie jest prostym dostosowywaniem się do jego oczekiwań. Im mniej skomplikowany organizm, tym łatwiej jest to dostrzec. Z nasiona wyrasta roślina, która wie, jak wypuszczać liście, jak uformować kwiat, kiedy zakwitnąć i jaki wydać owoc. Można pielęgnować, podlewać i zapewnić jej odpowiednią temperaturę lub sprawić, że zmarnieje z braku wody lub światła. Ale zawsze z nasiona wyrośnie tylko taka roślina, z jakiej ono pochodzi.

Trudno czasem uwierzyć, że i człowiek, choć jest dużo bardziej elastyczny, posiada taki wewnętrzny program. Plan, który realizuje się samoistnie, choć nie bez wpływu z zewnątrz. Ten wpływ w przypadku istoty ludzkiej to opieka nad dzieckiem, podtrzymywanie go przy życiu wtedy, kiedy jest jeszcze za małe, żeby samodzielnie przeżyć, budzenie jego „apetytu na rozwój” i zapewnienie mu bogatego i wspierającego środowiska. […]

Rozwój to nie do końca wyrabianie w dziecku jednych nawyków i likwidowanie innych. To o wiele bardziej proces, w którym zachowania mniej dojrzałe – pod wpływem wzrastania i doświadczeń – zastępowane są przez bardziej dojrzałe, bardziej skuteczne. A także poszerzanie możliwości działania o nowe sposoby. Nie trzeba dziecka odzwyczajać od raczkowania. Wystarczy poczekać, aż nauczy się chodzić. Podobnie jest z wieloma innymi sferami rozwoju, gdzie najbardziej ze wszystkiego potrzebna jest dziecku jego własna gotowość i cierpliwość opiekunów [ostatnie wytłuszczenie moje – love’s patient] (Agnieszka Stein, Dziecko z bliska. Zbuduj szczęśliwą relację, Warszawa: Mamania, 2012, s. 23-24).

A więc jest i o cierpliwości.

A jak to jest z Anią?

Chcę napisać przede wszystkim o jednej kwestii, która ostatnio trochę spędzała mi sen z powiek. Chodzi o nieśmiałość (używam tego słowa, niech wyszukiwarki znajdują, ale nie jestem do niego przekonana – więcej w jednym z moich pierwszych wpisów: Szacunek wobec temperamentu dziecka).

O ile w stosunku do dorosłych Ania wykazuje ograniczone zaufanie połączone z zaciekawieniem (i ostatnio wystarczy życzliwy uśmiech i niebycie namolnym, by Ania miała ochotę na rozmowę z kimś nowym ze świata dorosłych – ale uwaga: to nie znaczy na bycie dotykaną!, w tej kwestii wykazuje ogromną niezależność i trzeba naprawdę sporo czasu i przyjaźni, by zaufała, co akurat mnie nie martwi), o tyle w stosunku do dzieci ostatnio główną reakcją była panika. A przynajmniej chęć schowania się za mamą albo pójścia do domu…

Wierni czytelnicy wiedzą, że mnie to martwi, pisałam całkiem niedawno pod trochę przewrotnym tytułem: Nieopłacalność Rodzicielstwa Bliskości.

W każdym razie chodzimy dalej na te zajęcia adaptacyjne: 1-2 w tygodniu. Po dwóch razach, kiedy wyszłam na godzinę, Ania poprosiła, bym nie wychodziła i była tam z Nią. Zgodziłam się. Więc jesteśmy razem, na samym początku Ania nie chce się bawić z nikim prócz mnie, po paru minutach ma już chęć bawić się z panią, a po jakiejś godzinie akceptuje to, że można to robić w towarzystwie innych dzieci. Na koniec trzygodzinnych zajęć nie zauważa już, że któreś dziecko dotknie Ją sięgając po kredkę, wymienia się zabawkami i nawet się żegna machając (witać się za nic nie chce).

Na placu zabaw ostatnio wpadła w panikę, kiedy inne dzieci chciały się bawić nie z Nią nawet, ale obok. Uciekała ze zjeżdżalni tak, że spadła ze schodów (na szczęście nic się nie stało), tylko dlatego, że inne dziecko chciało zjechać za Nią. Ale… wytrwale chodzę z Nią na plac zabaw także w godzinach, kiedy jest dużo dzieci, i widzę, że pomału zaczyna sobie z tym radzić.

Nie, nie próbuję zrobić z Niej duszy towarzystwa. Nie zawstydzam, nie nakazuję interakcji, nie naciskam. Ale pozwalam się Jej konfrontować z tym, że dzieci są „hałaśliwe” (tego Ania najbardziej nie lubi), że nie da się nimi sterować, nakazując, by bawiły się z dala od Niej, że biegają tu i tam, a czasem nawet tam, gdzie Ania chciałaby być sama.

I widzę od kilku dni zmiany. Takie urośnięcie o parę milimetrów w parę dni. Dla kogoś z zewnątrz pewnie niezauważalne, ale dla mnie różnica kolosalna.

Wczoraj poznałyśmy w piaskownicy Pawełka z Babcią. Pawełek mógłby być bratem bliźniakiem Ani (o kilka miesięcy starszym), jeśli chodzi o charakter. Nie rzucał się, by Ją dotykać, podawać rączkę, przytulać (nie daj Boże). Mówił cicho. Obserwował z bezpiecznej odległości, a jak się trochę zawstydził, to podchodził bliżej do swojej Babci i mówił Jej coś na ucho (a Babcia to szanowała!). Jako że Ania nie wzięła zabawek do piasku, a On miał ich sporo (w tym coś, co Ania uwielbia najbardziej, czyli koparkę), Ania chciała od Niego pożyczać. Najpierw – jak zwykle – powiedziała, żebym ja Go poprosiła. Potem oddawała po kolei koparkę, łopatkę, etc i prosiła o coś innego. Wystraszyła się tylko raz, jak Pawełek (ośmielany nieco przez Babcię), trochę głośniej zapytał: „Co teraz chcesz pożyczyć?”. Pawełek chętnie pożyczał (Ania ostatnio też chętnie pożycza, choć czasem odrobinę Ją zachęcam – nigdy jednak nie zmuszam), a Ania robiła z każdą zabawką większy popis dobrych manier: „Poproszę statek”, „dziękuję bardzo”, „dzięki”… Pawełek zerkał z zainteresowaniem na Jej rękawiczki rowerowe z Hello Kitty, z pomocą Babci zapytał, czy może ich dotknąć, Ania się zgodziła. Pokazał Jej swój rower z dzwonkiem i buty z kratkę. Na koniec Ania powiedziała: „Dziękuję za wszystkie zabawki, do widzenia” i nawet podała Mu rękę (oboje chwilę się wahali). Cudowne to było, zobaczyć, że istnieją inne dzieci tak spokojne jak Ania, i jak fajnie potrafią się dogadać. Widzę jak wielką rolę odgrywa tu cierpliwość. Ponieważ Oni oboje potrzebują czasu i odrobiny zachęty ze strony najbliższej osoby, to także dają sobie nawzajem czas. Jakie inne dziecko doczekałoby końca Aniowej przemowy dziękczynnej. Kto inny wytrzyma napięcie: podamy sobie rękę czy nie? Jednak tacy są!

Wieczorem poszłyśmy jeszcze raz i o rozkoszy: Ania prawie posypała piaskiem innego chłopca! Tak, szczerze rozpatruję to jako sukces, bo wyraźnie to Ona zaczepiała inne dziecko. Bawiąc się na sznurkowych drabinkach (swoją drogą mam niezwykle zwinne dziecko) najpierw przestraszyła się starszej dziewczynki przechodzącej wyżej, a potem już po prostu odsuwała się o metr (a nie uciekała na drugi koniec placu zabaw), czekała aż tamta przejdzie i spokojnie wracała do swojej zabawy. Odmówiła zabawy z innym chłopcem, ale jak Ją gonił, to nawet trochę się z tego śmiała i zamiast uciec z piaskownicy, powiedziała Mu bezpośrednio (a nie poprosiła mnie): „Nie będę tu skakała, będę skakała tam” i „Nie chcę się bawić razem”. A jak potem biegnąc ku zjeżdżalni ten sam chłopiec trochę Ją popchnął, to w ogóle nie zareagowała i dalej robiła swoje!

A dziś w tramwaju nie wołała, że dziewczynka nie ma na Nią patrzeć, tylko sama szpanowała przed Nią swoimi kluczykami samochodowymi wygrywającymi okropne melodyjki. Normalnie moja Ania zaczepia inne dzieci!

Pamiętam, jak Ania była malutka i jak martwiliśmy się nieco, bo motorycznie rozwijała się trochę wolniej niż inne dzieci. W granicach normy, ale zwykle blisko jej końca. Jednakże, jak już coś robiła, to robiła to świetnie. Właściwie nie wiemy, co to są upadki przy nauce chodzenia. Widzę teraz, że podobnie jest z jej rozwojem społecznym. Ona najlepiej zna swoje możliwości. Kiedy czuje się nieco pewniej, wchodzi w interakcję, a nawet zaczyna inicjować kontakt. Kiedy nie czuje się pewnie, to wie, że może na mnie albo na inną bliską osobę liczyć. I naprawdę tych lepszych chwil przybywa.

Tylko trzeba znać Jej tempo. Jeśli jest stokrotką, to nie wyrośnie tak szybko jak bambus.

Reklamy

2 responses »

  1. Wspaniale prowadzisz swoje dziecko. Widzisz co jest dla niej dobre. Jesteś cierpliwa i wyrozumiała, i co najważniejsze dostrzegasz i doceniasz jej mocne strony, zalety, zdolności. Czytając to widzę, jak różnymi można iść drogami. Jak bardzo wyjątkowa i niepowtarzalna jest każda para „mama-dziecko” (pomijam tu rolę ojca, może niesłusznie, ale całkiem świadomie).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s