Nieopłacalność Rodzicielstwa Bliskości

Zwykły wpis

Dobrze… chyba tak roboczo mogę nazwać moje ostatnie zmartwienia i niepokoje. Po wczorajszym spotkaniu z Agnieszką Stein na Dniach Korczakowskich i po rozpoczętej lekturze jej książki „Dziecko z bliska” (jest super!), udało mi się dojść, że to ten syndrom mnie dopadł.

Kto mnie zna dłużej (choćby z uważnej lektury bloga), może już wie, że ja bardzo potrzebuję być pewna, że jestem ok, robię ok, że da się mnie pozytywnie ocenić. Uwielbiam feedback (oczywiście pozytywny). Tak, wiem, że to niedobrze. Ale niestety jeszcze tak mam.

No i chyba wychodzi na to, że chciałabym dostać laurkę za swoje macierzyństwo z napisem: to wszystko była dobra inwestycja, masz teraz samodzielne, odważne, towarzyskie i w ogóle bezproblemowe dziecko.

A ostatni tydzień z hakiem to była dla mnie raczej lekcja, że moje Dziecko jest znacznie mniej bezproblemowe i znacznie mniej towarzyskie, i znacznie mniej śmiałe niż inne dzieci w Jej wieku, które ostatnio spotykamy. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Najpierw odwiedziny u niespełna dwuletniego Krzysia i Jego Rodziców oraz świeżo narodzonej Siostrzyczki. Krzyś (ok, był na własnym terenie) witał się z nami wylewnie, jedyne zdanie, jakie słyszeliśmy z jego ust to: „Daj rękę”, podawał Ani zabawki, chciał, żeby się z Nim bawiła, chciał przytulać, głaskać, no wszystko chciał, zwłaszcza z Anią. A Ania nie schodziła z moich kolan na krok. Dopiero jak Rodzice Krzysia wsadzili Go w fotelik do karmienia, Ania odważyła się na parę metrów ode mnie odczłapać… Musieliśmy się dość szybko zebrać, bo po godzinie Ania wcale nie miała się coraz lepiej, tylko coraz intensywniej powtarzała: „Chcę wracać do domku, nie chcę tu być”.

Potem spotkanie Wspólnoty, do której chadzamy raz w miesiącu, i zajęcia dla dzieci. Ania była tym razem najmłodsza (bo jeszcze młodszy Michał został przy Rodzicach i uczestniczył w dzieleniu się dorosłych). Spisywała się naprawdę przedzielnie, o ile tylko nie trzeba było nikogo dotykać. Szukanie skarbów – jasne, rysowanie – super, ganianie się po ogrodzie – ekstra, ale podać rękę innemu dziecku? Za nic. No i jeszcze awantura Ani z Nelą, która to Nela chciała Jej pomagać w rysowaniu i zbyt intensywnie nalegała z wręczaniem kredek i wyręczaniem Ani we wszystkim. Ale to akurat rozumiem, zresztą było to zjawisko fali – Nela (lat chyba 4, może 5) doświadcza tego samego od swojej 8-letniej Siostry.

No i w tym tygodniu byłyśmy dwa razy na zajęciach dla malców w wieku Ani, które od września idą do przedszkola. Na pierwszym była tylko Ania i Ala (i Pani)… Oj, ciężko było. Podobnie jak u Krzysia kilka dni wcześniej. Chciała się bawić tylko ze mną. Ala przynosiła Jej zabawki, łapała za rękę, a Ania albo płakała, albo wołała: „Nie chcę!”… Ala pojąć tego nie mogła, powtarzała: „Czemu, Aniu, czemu nie?”… Po jakimś czasie Ania trochę się rozkręciła i odrobinę bawiła z Panią. Z Alą nie.

Za drugim razem Ala była dalej na cenzurowanym – Ania powtarzała: „Nie lubię, jak Ala mnie przepychała” (w nawiązaniu do złapania za ręce we wtorek i do tego, że raz jak się goniły, to Ala Ją złapała). Na szczęście przyszła jeszcze Majka, równie dzielna jak Ala, i obie dobrze się ze sobą bawiły (ponoć znają się od dawna, no ale miejsce było zupełnie nowe, Pani też, a Majka natychmiast porzuciła Mamę i pobiegła się bawić).

Jako że umówiłam się tak z Anią i chciałam da Jej szansę spróbować sobie poradzić, zrobiłyśmy tak (zacytuję, jak powtarzała to Ania przez 2 dni, jak mówiłyśmy o zajęciach): „Najpierw posiedzisz ze mną i popatrzysz, jak się ładnie bawię, a potem pójdziesz coś załatwić, a ja będę z Panią i dziećmi, a potem po mnie przyjdziesz”. Jako że Ania już bardzo polubiła Panią, uznałam, że warto spróbować. Powiedziałam, że gdyby było bardzo Jej ciężko, to Pani po mnie zadzwoni i wrócę szybko, ale jeśli będzie dobrze, to wrócę za godzinę. I tak zrobiłam. Poszłyśmy wszystkie trzy Mamy (w tym dwie z mniejszymi maluszkami) na kawę. Może jeszcze wspomnę, że Maja i Ala nie miały nawet czasu pomachać Mamom, tak były zajęte zabawą. Ania pomachała, ale spokojnie wróciła do Pani. Telefon żadnej z nas nie zadzwonił, ja po godzinie poszłam po Ani (zapomniawszy zapłacić za kawę). Gdy wróciłam, to pani szefowa całego interesu, powiedziała, że było nieźle, dwa małe kryzysy szybko zażegnane. Weszłam do sali. Ala z Mają latały razem dookoła, a Ania siedziała pani na kolanach. Na dzień dobry powiedziała mi (tak, to naprawdę taki długi cytat): „Raz się zdenerwowałam i chciałam, żeby Pani po Ciebie zadzwoniła, ale pani pomyśliła, że porysujemy. Potem się znowu zdenerwowałam, a pani pomyśliła, że będziemy oglądać Kung Fu Pandę…” Pytam, czy to już wszystkie zdenerwowania, Pani stwierdziła, że chyba tak, ale już nie pamięta, bo dużo się działo, a Ania: „Jeszcze raz się zdenerwowałam, to pani gadała misiami”. Zapytana, czy było fajnie tak w ogóle, powiedziała, że tak.

No i myślę sobie o tym wszystkim (jak i o tym, że na placu zabaw Ania natychmiast opuszcza zabawkę, do której zbliża się inne dziecko albo woła głośno: „Nie chcę, żeby Ona się tu bawiła”)… Chwilami dopada mnie straszny dół, że Ania radzi sobie ewidentnie gorzej niż inne dzieci. Że to wszystko, co robiliśmy, zapewniając Jej mocną więź z nami, nie pomaga Jej radzić sobie wśród innych dzieci. Że dzieci, o których wiem albo mogę się domyślać, że były bardziej naciskane na kontakty z innymi, podawanie rączki, dzielenie się, etc, etc, zachowują się tak, jakby nie przeżywały żadnego stresu, gdy pojawiają się rówieśnicy, że po prostu lepiej sobie radzą.

Z drugiej strony, dzięki wieczornej czatowej rozmowie z Przyjaciółką (nota bene poznaną dzięki temu blogowi:)), zaczęłam patrzeć na to inaczej. Ania przede wszystkim to sobie radzi! Przecież w żadnej z tych sytuacji nie wpadła w histerię, nie płakała bez końca. U Krzysia – nie bawiła się dobrze, więc powiedziała nam, że chce do domu i my w miarę kompromisowo dla potrzeb całej Rodziny (mieliśmy coś do omówienia z Jego Rodzicami) zatroszczyliśmy się o to. Na niedzielnym spotkaniu bawiła się super, tylko nie trzymała dzieci za ręce i wolała biec obok, gdy szły wężem (wiem, że w przedszkolu to wymagana umiejętność, ale czy ja już dziś muszę się zamartwiać przedszkolem?). We wtorek nie czuła się pewnie i chciała, bym cały czas była z Nią. A w czwartek zniosła to, że wyszłam na godzinę i gdy było Jej trudno, to pozwoliła, żeby Pani coś na to „pomyśliła” i ogólnie nie była straumatyzowana i niezadowolona.

Że ma w sobie zdolność do lubienia dzieci i zabawy z nimi to wiem, bo z naszymi ukochanymi sąsiadami H. i H. bawiła się super. Niestety wyprowadzili się z Krakowa w styczniu:-( Ale przecież w końcu znajdzie innych Przyjaciół także.

No i przede wszystkim – porusza mnie, jak dokładnie Ania umie mówić o tym, co Jej pasuje, co nie, jak się czuje, czuła. Że sama też ma na to pomysły (przecież zmiana miejsca zabawy to także nie dzika rozpacz czy agresja, ale zręczne zatroszczenie się o siebie).

A co do prowokacji w tytule. Ja nie wiem, czy RB się opłaca, czy nie. Ale i tak nie widzę opcji, żeby traktować dziecko inaczej: bez szacunku, wsłuchiwania się w potrzeby, mówienia prawdy, etc. Więc to tylko taki jęk zawodu, że nie idzie jak po maśle.

Reklamy

12 responses »

  1. A ja całą sytuację widzę zupełnie inaczej. Według mnie Ania sobie bardzo dobrze radzi: potrafi powiedzieć co jej nie pasuje a przy tym nie złości się czy nie wymusza. Potrafiła zostać sama z panią a to już sukces skoro ma pójść do przedszkola. A że nie lubi dotykania przez inne dzieci czy zbytniego kontaktu z ich strony…może akurat te dzieci jej nie pasują i trzeba poczekać aż pozna kogoś z kim zechce się pobawić. W końcu i my dorośli nie zawsze lubimy wszystkich ze swojego otoczenia 😉

    Miło się czyta Twój blog 🙂

  2. Żeby to RB było rozwiązaniem wszystkich problemów dziecka, to może poszłabym na siłownię, żeby mnie wiązanie chusty nie wprawiało w hipoglucemię :P. Nie wiesz, jaka byłaby Ania, gdybyś jej odmawiała bliskości, nie próbowała rozumieć… Strasznie mi się podoba pomysł z laurką ;), też bym chciała. Gorzej, jak w laurce pojawią się momenty, o których mimo wszystko wolałabym zapomnieć. A feedback (+) jakiś zawsze jest. Myślę, że ten ze strony innych dorosłych jest nieco mniej istotny od tego, który wysyła Ci Ania i od tego, który sama zauważasz, odwagi!!! 🙂

  3. Moja droga! Mniej towarzyskiego a przy tym bardziej sklejonego dziecka niż mój 3letni Felek ze świecą szukać.Powoli,powoli,uczę się akceptować tę rzeczywistość.Powtarzam sobie: czy wszyscy muszą być identycznie towarzyscy,sztucznie uśmiechnięci,otwarci,żądni nowości? NIE.Mój synek NIC NIE MUSI. A moje zadanie-być mamą Felka, Felka nieśmiałego i nietowarzyskiego. Mam gdzieś już teraz czy to się zmieni,czy nie.Może inni go takiego nie akceptują.Ale ja będę. Bo to mój synek.

  4. Wiesz, prawda jest taka, że wiele osób dorosłych nie potrafi tak konkretnie i bez emocji wyrażać swoich potrzeb, mówić o tym co im nie pasuje… Asertywność jest ważna, a Twoja córka mogłaby z tego kursy prowadzić! 🙂 Tak więc bądź z niej dumna 🙂

  5. Gratuje asertywnego dziecka! W opisywanych cechach temeramentu typu towarzyskość, otwartość na nowości itd mamy prawo sie róznic i my dorośli i nasze dzieci bo to głównie sprawa wrodzona. To, ze niektorzy rodzice zmuszają dzieci do kontaktów z innymi dziećmi wymuszając oddawanie zabawek czy podawanie raczki nie sprawi że ich maluchy beda bardziej towarzyskie ale i odwrotnie, ci, ktorzy wychowuja w oparciu o rozumienie potrzeb dziecka z introwertyka nie zrobią ekstrawertyka. Tylko dzieci tych drugich rodzicow maja szanse byc bardziej asertywne:)

  6. „No i przede wszystkim – porusza mnie, jak dokładnie Ania umie mówić o tym, co Jej pasuje, co nie, jak się czuje, czuła. ” DOKŁADNIE. Nawet jeżeli Ania okazałaby się nietowarzyska to cechy, które dzięki Waszej bliskości tak pięknie się w niej rozwijają są ważne (może nawet ważniejsze). Zgadzam się w pełni z tym co napisała mamadwójki.

    A Ty jaka jesteś? Lubisz towarzystwo, jesteś otwarta na nowe znajomości, dobrze się czujesz z ludźmi? Jak ważna jest dla Ciebie ta towarzyskość dziecka (i inne wymienione na laurce cechy)? Wybacz za morze pytań, ale początek postu bardzo mnie „pobudził”. Mam podobnie 🙂

    • Cieszą mnie Twoje pytania, a nie odpisywałam, bo nie umiałam. Nie wiem, czy ja jestem śmiała. Raczej tak. Na pewno bardzo lubię ludzi, ale doceniam także samotność (zwłaszcza teraz). Czy towarzyskość dziecka jest dla mnie ważna? No chyba tak…

  7. Pingback: Strona nie została znaleziona « Love's patient

  8. Pingback: Moja mała roślinka « Love's patient

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s