29 kwietnia 2009

Zwykły wpis

Trochę to niefajne, że jak tylko w tytule pojawia się data dzienna, to znaczy, że będzie smutno. No ale cóż…

3 lata mijają od dnia, kiedy trafiłam do szpitala w 19. tygodniu ciąży. To nie była moja pierwsza wizyta na izbie przyjęć, ponieważ od początku ciąży z Anią działy się różne przygody, a po poronieniu byłam szczególnie wrażliwa i wolałam mieć pewność, że wszystko ok.

Teraz będzie długi opis, wrażliwych proszę o dzielność lub nieczytanie.

Tym razem nie było ok. Zostałam przyjęta do szpitala. Miałam nieszczęście i szczęście. Nieszczęście trafić na lekarkę-idiotkę, która po zbadaniu mnie stwierdziła, że wszystko w porządku, ale jeszcze kolega przyjdzie i zrobi usg. Szczęście, bo ów „kolega” okazał się jednym z najlepszych ginekologów w Polsce i szybko połapał się, że jest bardzo nie w porządku. Powiedział też: „Jedną stratę już pani przeżyła, musimy zrobić, co się da, żeby tym razem tak nie było”. Nieszczęście, bo to wszystko działo się zaraz przed długim weekendem i przez kilka dni lekarze dyżurujący byli ewidentnie z doskoku, nikt nie wiedział, kto ja jestem i z czym leżę, sama musiałam im tłumaczyć, a w tym szpitalu panował (pewnie nadal panuje) terror i prawie nikt nie miał odwagi cokolwiek zrobić czy nawet powiedzieć bez zdania ordynatora, a ordynator był na urlopie. Szczęście, bo zaufałam swojej intuicji, która kazała mi iść do szpitala, choć parę dni wcześniej byłam u mojej pani doktor i wszystko było w porządku…

Swoją drogą ta sama pseudo-lekarka kilka dni później zdiagnozowała dziewczynie poronienie w toku i zarządziła łyżeczkowanie. Ponieważ był jakiś szalony dzień i nie miał kto potwierdzić diagnozy (taka jest procedura) laska płakała nam w rękawy cały dzień, aż nagle przyszedł drugi lekarz, wziął ją na badanie i wróciła płacząc jeszcze gorzej, że serduszko bije i wszystko z dzieckiem w porządku. Była w histerii i szoku…

Mój pobyt w szpitalu to miało być kilka dni. Posiew, czekanie na wynik, założenie szwu okrężnego na szyjkę macicy i wypis. No ale wszystko się skomplikowało. Najpierw dłuższe czekanie, bo długi weekend. I ten straszliwy brak informacji. Ten straszny napis w dyżurce pielęgniarek, gdzie łóżka były opisane diagnozami: „Poronienie zagrażające”. Ta świadomość, że żeby dziecko miało JAKĄKOLWIEK szansę przeżyć potrzeba jeszcze 3 tygodni, a żeby te szanse były znaczące, przynajmniej 2 miesięcy… Bogu dzięki, że w tych pierwszych trudnych dniach leżały ze mną na sali same fajne dziewczyny, w większości przeterminowane albo do porodu, wesołe, pomocne, wspierające.

Potem weekend minął, ordynator powrócił, opieprzył przy mnie lekarzy za niepodanie antybiotyku (na wszelki wypadek), zarządził zabieg na następny dzień. Ale następnego dnia okazało się, że wynik posiewu pokazał bakterię i trzeba czekać, aż antybiotyk ją wytłucze.

W dodatku w nocy przed zabiegiem zmarł nagle i niespodziewanie mój Teść.

Badano mnie i nie pocieszano. Było kiepsko. Pytany o szanse donoszenia ordynator powiedział, że nie jest jasnowidzem. Ale to i tak była jedna z milszych rozmów z nim. Minęło parę dni, nowy posiew i znów wynik, gorszy niż poprzedni. Tamtej bakterii nie było, ale wyszła inna. Na dodatek nikt mnie sensownie nie informował, musiałam się dopytywać, podsłuchiwać rozmowy z korytarza (tak, oddziałowa krzyczała moje nazwisko do kogoś na korytarzu i dowiedziałam się, że znów zabiegu nie będzie, ale dopiero przyjaciółka wyprosiła, żeby przyszedł do mnie lekarz, ten wspaniały dr B, który mnie przyjął na oddział i on mi wszystko wytłumaczył… Nawet doszedł do tego, że bakterii tej dorobiłam się w szpitalu… w Pradze najpewniej, bo ona występuje tylko w szpitalach, a u nich akurat nie wyhodowali… To musiało być wtedy, gdy zaczęłam krwawić i pojechaliśmy tam na izbę przyjęć… Powiedział jasno: „Szanse, że donosi pani do bezpiecznego terminu to około 50%”. To był konkret. Straszny, ale wreszcie jakiś).

Po paru dniach (nawet mnie wypuścili na Boże Ciało i kilka dni przed do domu) wróciłam do szpitala i w końcu wynik posiewu pozwolił na zabieg. Zrobił go stażysta. A, już wiem, to był 26 maja, Dzień Matki.

Następnego dnia badanie i zastępca ordynatora powiedział po nim tylko: „Dziękuję, to wszystko”. Wiedziałam, że coś nie tak, ale co? Przebił pęcherz płodowy? To by znaczyło, że już po dziecku. Ale może nie aż tak źle, bo chyba bym wiedziała… Co się stało?

Chamski lekarz nic mi nie powiedział, płakałam i błagałam pielęgniarkę, by się czegoś dowiedziała. Obiecała, że doktor przyjdzie. Aż do wieczora się nie zjawił. Inna siostra zadzwoniła po innego lekarza (dr D). Przyszedł, powiedział, że nie są pewni, czy szew jest dobrze założony, ale że on niewiele wie i że muszę parę dni poczekać cierpliwie. Ale że pęcherz płodowy jest ok, dziecku nic nie grozi (prócz tego, że cały czas nie wiadomo, czy się nie urodzi zaraz, bardzo zabawne…).

Następnego dnia przyszedł chamski zastępca ordynatora z głupim tekstem, że podobno płakałam. I że wszystko dobrze, za 2 dni mnie wypiszą. Ach, nie, nie, to tą drugą panią, na sąsiednim łóżku, pomylił się. Ale że mogę wstawać do łazienki (wcześniej była opcja basen i ten inny lekarz radził nie wstawać wcale).

2 dni później rano afera, jakim prawem ja coś jadłam, skoro zaraz ordynator zadecyduje, czy powtarzają zabieg. Ja w szoku? Powtarzają? Czemu? W końcu coś nowego?

Dzięki Bogu i dr D, że ten lekarz poszedł ze mną na badanie przez ordynatora… Ordynator zbadał, stwierdził, że nie do końca jest tak jak trzeba, ale może się uda i szew wytrzyma. Kontrola za ileś tam dni, mam podjechać do szpitala.

Ponieważ ordynator nie zna się na usg, a D jest od tego super specjalistą, sam ordynator kazał mi udać się przed tamtą kontrolą na badanie usg u D, w szpitalu. Okazało się po tych paru dniach (tydzień, dwa, nie pamiętam), że szew nie wytrzymał i już prawie rodzę. Był jakiś 26, może 27 tydzień.

Znów powrót do szpitala, koszmarne potraktowanie przez ordynatora… I okrzyk siostry oddziałowej na wiadomość, ile mm szyjki zostało: „Przecież to znaczy, że pani już w ogóle nie ma szyjki macicy!”… (2 dni później trafiłam znów na dr B, który powiedział: „Słyszałam, jak zachował się pan ordynator i chciałbym panią w jego imieniu przeprosić. Nie, on oczywiście o tym nie wie. Ale uważam, że ktoś powinien panią przeprosić”). Sterydy na przyspieszenie rozwoju płuc u Ani (już wiedziałam, że to Ania, dr D zgodził się w końcu zrobić mi usg połówkowe (wcześniej powiedział, że to niebezpieczne naciskać na brzuch przy tak koszmarnym stanie szyjki macicy)… Czułam się po nich bardzo źle i próbowałam to powiedzieć pielęgniarkom i lekarzowi na wieczornym obchodzie, ale zignorowali, niemal wyśmiali moje pytanie.

Potem znów jakaś cholerna bakteria (a właściwie nierozstrzygający wynik badania)… Ordynator, który za wszelką cenę chciał mieć to już z głowy i zapowiedział zabieg. Dr D, który niemal w ostatniej chwili cofnął mnie ze stołu (no dobra, trochę dramatyzuję, nie zdążyli mnie zabrać do zabiegowego, ale naprawdę było tak, że za chwilę miałam jechać, a tu wpada dr D i mówi, że dopilnował, żeby go położne poinformowały i wpłynął na ordynatora, by odłożyć zabieg… I jeszcze opowiadał o sepsie, która mi miała grozić)…

Chryste, ten szpital to naprawdę było wariatkowo.

Parę dni później wynik jednak w porządku, zabieg (ponoć ordynator zarządził, że zrobi to sam, w związku z czym położne panikowały i kolejne przychodziły sprawdzać, czy na pewno nie jadłam, czy to, czy owo, normalnie jakaś dyktatura koreańska… bo ponoć ordynator bardzo zły, że tyle to wszystko trwało, etc, etc)…

Po tym drugim zabiegu ból nóg tak potworny, że tylko porodowy go potem przebił. No tak, to już były dwa miesiące, odkąd się nie ruszałam (poza wc i prysznicem raz na kilka dni, jak mówiły położne, najrzadziej jak się da)… Dwadzieścia minut z nogami w górze i potem ból mięśni był nie do wytrzymania. Znów głupi stażysta dr S. wmawiał mi, że trudno i nie da mi nic przeciwbólowego. A stażysta P, który zrobił pierwszy nieudany zabieg pocieszał i ordynował paracetamol. Kochany dr D przyjechał w cywilu nawet zapytać, jak się czuję.

Potem było już dobrze. Zresztą wytrzymałam to wszystko i zabieg odbył się jakieś 8 tygodni po 29.04, pod koniec czerwca.

Abstrahuję już od tego, że dr B mówił, że on by już nie zakładał szwu w tak wysokiej ciąży. A dr D i ordynator, że trzeba.

Że dr D kazał mi leżeć, leżeć, leżeć, a ordynator mówił, że mogę sobie chodzić po domu (jak już wyjdę, posiedzieć, a nawet na chwilę „na polko”). Że zastępca ordynatora zapisywał mi inne dawki leków niż pozostali i dopiero położne jakoś to ogarnęły i w końcu ustalono, co i jak.

Że oddziałowa wprowadzała terror wczesnego wstawania, jeśli tylko ordynator był w szpitalu, sprzątania, etc, bo „zaraz będzie obchód” (który to obchód przychodził za 2 godziny). Mnie nie goniła do sprzątania, bo musiałam leżeć, ale sama nerwowo poprawiała mi pościel…

Że jestem wysoka, a łóżka były za krótkie i cholernie niewygodne. I że i tak jestem bardzo wdzięczna oddziałowej, która robiła po jakimś czasie, co mogła, żeby mnie przenosić do innej sali, gdzie były nowsze i trochę lepiej mogłam spać. Ale nie wolno było przy niej nawet odrobinę narzekać, bo zaraz wołała, że to nie hotel (raz się pożaliłam, że budzi nas o świcie, a myśmy nie spały, bo jedna zaczęła rodzić i łaziła po sali i jęczała;-))…

Duuuużo by jeszcze można, ale sądzę, że macie już dość.

Potem było już dobrze. Jeszcze 2 miesiące leżenia plackiem w domu i pod koniec sierpnia odrobinę się spionizowałam, by 10 września 2009 urodzić Anię. 2 dni po zdjęciu szwu.

Bardzo wiele mnie kosztuje pisanie o tym wszystkim, choć od dawna potrzebuję o tym opowiedzieć.

Mam poczucie, jakbym sama była winna temu, jak to wszystko było okropne. Jakbym pozwoliła się źle traktować. Bo bakterie i błąd stażysty to cóż, zdarza się (jakby tamten szpital nie był w Pradze, tylko Polsce, może bym zrobiła aferę o zakażenie, nie wiem)… Ale ten brak informacji, humory ordynatora, sprzeczne opinie, sianie paniki, etc… – to było nie do zniesienia, a ja to znosiłam. I nie jestem z tego dumna. Czuję się upokorzona i zniszczona. Do dziś czuję się psychicznie zdemolowana. Ale naprawdę najbardziej boli mnie, że czuję się winna. Syndrom sztokholmski?

Po tym wszystkim bardzo bolesny poród to był pikuś. Okropne było znów po porodzie robienie problemu z karmienia piersią, dezinformacja na ten temat, sianie paniki, że zabiorą dziecko na kroplówkę, jak będzie dalej tak spadać na wadze, więc muszę dokarmić, etc, etc.

Ale najgorszy był ten ciągły strach i brak wiary, że dobrze się mną opiekują. Modlę się do dziś z wdzięcznością za dr D i B (inicjały nie są inicjałami nazwisk, nie chcę im robić problemów, jakby co)… B ocalił Anię dobrą diagnozą i zatrzymaniem mnie w szpitalu, poza tym zawsze, gdy był na dyżurze rozmawiał ze mną, pytał, czy może pomóc, cichaczem mnie badał i podawał własne opinie co do szans… uczciwie i życzliwie… szkoda że musiało to być za plecami ordynatora)… Dr D bardzo wspierał mnie psychicznie od momentu po tym nieudanym zabiegu. Przeprosił też po paru dniach, że nie powiedział mi więcej, choć jednak wiedział. Przychodził, gdy tylko miał chwilę, pytał o stan mego ducha, wygłaszał mowy o tym, jak to wszystko ode mnie zależy i jeśli uda mi się urodzić zdrowe dziecko to będzie to tylko moja zasługa, a nie ich… Oddzwaniał na telefony w środku nocy. Pod koniec mojej ciąży wyjechał na urlop, a po powrocie pytał, czemu nie smsowałam, bo czekał na wieści! Kochany był.

Tylko że ci dwaj funkcjonowali na granicy legalności. A przynajmniej poza czujnym okiem ordynatora. Wiem, że D się oberwało za zainteresowanie moim przypadkiem. A B już tam nie pracuje, jak się niedawno dowiedziałam.

Gdy przychodził w odwiedziny Mąż, zawsze informował mnie, czy na parkingu stoi auto któregoś z nich. Jak było, to od razu czułam się pewniej. Wiedziałam, że jakby co, to przyjdą i powiedzą, co się dzieje. Zresztą chyba w tym współpracowali, bo pewnego dnia B powiedział wprost: „Jeśli pani czegoś potrzebuje albo chce zapytać o coś, to proszę mnie wezwać albo dra D”…

Dziękuję Bogu za nich. I za serdeczność większości położnych. I za współczujące współleżaczki, których przez 6 tygodni hospitalizacji (jakoś tak wychodzi, od końca kwietnia do końca czerwca byłam w domu 2 razy po kilka dni) przewinęło się sporo.

Próbuję nie mieć w sobie nienawiści do ordynatora i jego zastępcy, do chamskiego i głupiego stażysty (nie tego od zabiegu, on był przynajmniej serdeczny i aż mi go było żal, że tak spieprzył, na pewno to przeżył, było widać)…

Lżej mi, jak to wszystko napisałam. Ale nie wiem, co właściwie z tym zrobić. Próbuję się z tym uporać już od dawna.

Z różnych możliwych życiowych scenariuszy ciągle jednym z najstraszliwszych jest dla mnie kolejna ciąża. Marzę o tym, by mieć jeszcze dzieci. Ale panicznie się boję kolejnych problemów. I szpitala. I tego, co on ze mną zrobi.

Bo ja leżąc w szpitalu straciłam kawałek siebie. Nie byłam w stanie nawet powieści czytać. Nie mogłam się modlić. Liczyłam tylko godziny, dni, tygodnie… Czasem przeczytałam z Ewangelii o kobiecie, która się wiele nacierpiała od wielu lekarzy i którą uzdrowił Jezus. Czasem psalm jakiś. Urszulę Le Guin podrzuconą przez Znajomą, która przeszła trzy leżące ciąże i twierdziła, że to pomaga. Faktycznie, trochę pomogło.

Żałuję też, że się sobą lepiej nie zaopiekowałam po tym wszystkim. Powinnam była wiedzieć, że mam większe niż inne kobiety szanse na depresję. I chyba ją miałam, ale zignorowałam objawy. A dr D też przestrzegał i sam przyznał, że miał sporo obaw o to…

Bardzo chciałabym jakoś zamknąć tamten etap i poczuć się uleczona. Chyba o to wreszcie powinnam zacząć się modlić. W końcu to już 3 lata!

Reklamy

11 responses »

  1. Jesteś bardzo dzielną kobietą! Przykro mi, że musiałaś przez to wszystko przejść!
    Mam nadzieję, że po tym jak to opisałaś jest Ci choć trochę lepiej. Chyba wyrzucenie tego z siebie, nazwanie to dobry początek, aby uporać się z tymi doświadczeniami, przeżyciami. Mam nadzieję, że uda Ci się „uleczyć i zamknąć ten etap”. Tego życzę Ci z całego serca i mocno trzymam kciuki! Chyba nie jestem w stanie Ci nic doradzić, aby ból przeszedł szybko. Po prostu kibicuję Ci bardzo mocno!

  2. Aż nie wiem, co napisać… Współczuję bardzo, bardzo.
    Wierzę, że ciężko takie przeżycia jakoś poukładać, bo zapomnieć pewnie sie nie da.
    Najważniejsze, że mała jest na świecie…

  3. Nie doczytałam do końca… nie dałam rady.HORROR!! i to ma być XXI wiek,skandal… napisz,co to za szpital,żeby ostrzec inne dziewczyny… ja tego dnia byłam 11 dni przed urodzeniem synka,więc całkiem inne wspomnienia…najważniejsze,że Ania jest cała i zdrowa już taka duża i wspaniała:)

  4. Bardzo chciałabym coś napisać, pocieszyć, nie wiem, dać znać, że przeczytałam i że współczuję tego doświadczenia… Ale jakoś żadne słowa mi tu nie pasują, więc lepiej posiedzę tu w milczeniu i pomodlę się o Twoje uzdrowienie, mimo że właściwie już chyba zapomniałam jak to się robi…

  5. Czytam Twoje ostatnie wpisy i bardzo kibicuję wszystkiemu co próbujesz „ruszyć”. Historia Twojej ciąży boli słuchacza, a cóż dopiero Ciebie. Nie mam własnych doświadczeń w tej materii, ale towarzyszyłam kilku przyjaciółkom w trudnych ciążach (niestety i takich, kótre nie zakończyły się sukcesem). Zagrożona ciąża sama w sobie jest przeżyciem traumatycznym, długotrwałym i na wielu poziomach wyczerpującym. Ale to jak się traktuje w szpitalach ludzi w ogóle, a ludzi, którzy są odpowiedzialni za siebie i dziecko (dzieci) w swojej macicy w szczegolności, każdą traumę zwiazaną z zagrożeniem życia i zdrowia pomnaża. Jak zawsze brakuje mi słów zeby zareagować na takie historie, z chamstwem, obojętnością, niekompetencją, brakiem szacunku, zerową komunikacją, etc. w tle. To są doświadczenia porównywalne z tym co dzieje się z ofiarami napadów, kataklizmów, etc. Po czymś takim nie sposób uniknąć Zespołu Stresu Pourazowego. Leczymy na PTS żołnieży, ocaleńców z katastrof, ale problem dotyczy także przwlekle chorych już tylko z racji na chorobę, a tu pojawia się dodatkowy czynik, ludzie którzy ratują życie i zdrowie, którym się powierzasz (wraz z dzieckiem) bo nie masz wyjścia, zachowuja się jakby podlegali innym (radykalnie niższym) noromom niż przeciętny obywatel, kierowca autobusu miejskiego czy ekspedientka przy kasie w supermarkecie. Tam gdzie potrzeba szczególnego wyczucia i jakości kontaktów jest często wyjątkowe chamstwo i brak normalnego dialogu. Jak nie dać się źle potraktować, skoro nie ma żadnych standartów, brak procedur dochodzenia swoich praw, nawet o fakcie. A w trakcie? Jak wydać wojnę olewaniu, nieinformowaniu i brakowi kultury osobistej (nie mówiąc juz o braku kompetencji, kóry trudno jest często ocenić bez poniesienia konsekwencji, czyli przed a nie po…) skoro się od tych ludzi zależy, skoro od nich zależy życie? Pisałaś o syndromie sztokholmskim. Przecież Ty byłaś ich zakładniczką i to moim zdaniem nie w przenośni, zupełnie dosłownie. Jak do tego dołożyć myśl, że gdyby znaleźć się w podobnej sytuacji, to prawdopodobnie będzie się podobnie bezsilnym, to niezwykle trudno jest przepracować skutki doznanych krzywd, poczucie bezsilności, płynącą z niego złość, upokorzenie, wstyd. Nie napisałam tego żeby coś spiętrzać. To krótka relacja z tego, co się pojawiło w mojej głowie po lekturze Twojego wpisu.
    Nie raz doświadczyłam bezsilności wobec okrucieństwa, głupoty i długo nosiłam ją w sobie wstydząc się tego, że pozwoliłam się skrzywdzić. Nosiłam w sobie zupełnie dosłownie, nie byłam zdolna do rozmowy, do opowiedzenia, że coś się stało. Pierwszym krokiem do wyjścia z pozycji ofiary było przyznanie, że nią jestem. Tu nie chodzi o jakieś wielkie życiowe traumy (w każdym razie zazwyczaj nie chodzi). Przełamanie milczenia o tym, że zabolało, że byłam bezsilna, że sobie nie poradziłam, że siebie nie obroniłam, choć bardzo trudne (nie tylko za pierwszym razem) wyrwało mnie z pozycji zakładnika. Drugim krokiem było rozszerzenie kręgu do którego kierowałam swoje opowieści o osoby nie będące moimi bliskimi, przyjaciółmi. Ja wiem, że nie „na każdą traumę” jest jakaś grupa samopomocowa, zresztą sama długo uważałam, że to nie dla mnie i ostatecznie jak dotąd „grupa wsparcia” to by tylko kilkumiesięczny epizod, za którym nie specjalnie tęsknię, ale też nie twierdze, że już nigdy więcej. Ale słuchanie obcych ludzi i mówienie do nich o sobie dla mnie okazało się być ważne. To zmieniło moją perspektywę. Bezsilność straciła swój niszczycielski impet. Z jednej strony odczułam swoją bezsilność bardziej niż kiedykolwiek, a z drugiej przynajmniej częściowo przestałam być jej niewolnikiem. Mam w sobie ciągle dużo złości, żalu i świadomość że ludzi okrutnych spotkam jeszcze nie raz, że nie zawsze uda mi się siebie obronić, zachować godność. I chyba to jest podstawowa zmiana. Jestem gotowa patrzeć, nazywać, nie gardzę sobą za słabość, staram się jasno zaznaczać swoje granice. Kiedy się nie udaje miewam ciężkie chwile. Przełamanie milczenia a potem wyjście do „obcych ludzi” (w moim przypadku grupa wsparcia i psycholog) pomogło mi „wyskoczyć z kolein”. Wiem, że wszyscy próbują opisać jak to jest z tymi „obcymi ludźmi” w procesie zdrowienia, ale mnie te wyjaśnienia nie przekonują. Wiem za to że to działa i że warto w którymś momencie znaleźć swoich własnych „obcych” w jakiejś formie. Czy pisanie bloga nie ma czegoś z tego :-)?
    Trzymam za Ciebie kciuki, obiecuję modlitwę i mam nadzieję, że nie byłam ani zbyt ogólna, ani za szczegółowa.

  6. Dziękuję wszystkim za dobre słowa i wsparcie, i modlitwę. Na razie nie mam siły a może chęci pisać o tym więcej, ale dobrze wiedzieć, że jakby co, to jest z kim porozmawiać. Dziękuję!

  7. Świetnie Cię rozumiem, wspieram modlitwą.
    Niestety nie takich oddziałów, ordynatorów i lekarzy jest w naszym kraju zdecydowanie za dużo. 😦
    Ja już traumę mam za sobą (co nie znaczy że zapomniałam), mam nadzieję że i Tobie się uda poradzić sobie ze znieczulicą i złem, które Was spotkało. Chyba dobrze, że o tym napisałaś, bo to ważny krok „wygadać się”.

  8. Bardzo nieprzyjemne to wszystko. Aż przykro czytać, że tak zachowują się lekarze i tylko nieliczni są delikatni i kompetentni. Człowiek musi się uzbroić w grubszą skórę i zagryźć zęby, żeby to przeżyć.

    Trzeba w sobie wyrobić taką niszę, gdzie człowiek da radę przeżyć, a potem zapomnieć.

  9. Kiedyś już komentowałam ten wpis. Miałam iść na „Botoks” P.Vegi. Wszystkie recenzje fatalne, więc zrezygnowałam. Vega ponoć miał nakręcić film o szpitalach na podstawie prawdziwych historii. I przypomniałam sobie po latach tę. Poruszyła mnie i wystraszyła.

    Człowiek czuje się winny, wtedy, kiedy nie zawinił. Pewnie nie może sobie wybaczyć, że na coś się godził. Ale tam, gdzie występuje duża zależność od ludzi w sytuacjach trudnych zwijamy w sposób naturalny uszy i chcemy przeżyć zagrożenie.

    Trzeba wybaczyć sobie, że się nie umiało zareagować, bo się nie dało ( za duża zależność pacjentki w zagrożonej ciąży w stosunku do personelu medycznego).

    I walka z nienawiścią do kogoś. Ciężka sprawa. Pamiętam takie zdanie, że Bóg nie zawsze uchroni nas przed złem, ale chce nas chronić przed odwetem i nienawiścią. Bo ta niszczy.

    Życzliwość i proste słowa wsparcia/uspokojenia nic nie kosztują. A mogą zdziałać wiele.

    Pozdrawiam serdecznie – Kasia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s