Wymaganie, wyzwanie, szansa…?

Zwykły wpis

Chciałabym wyjaśnić (zwłaszcza sobie), o co mi właściwie chodzi z tymi wymaganiami. Czuję się zainspirowana dyskusją z Agnieszką S. na facebookowym profilu Love’s patient (na który przy okazji serdecznie zapraszam, możecie mnie i tam polubić;-)…).

Agnieszka, która jest dla mnie jednym z większych autorytetów, napisała w odpowiedzi na moją poprzednią notkę:

nic od siebie nie wymagaj, bądź dla siebie łagodna i naucz się traktować samą siebie z miłością, zrezygnuj z muszę/powinnam i szukaj chcę/pragnę/potrzebuję.

I ja jednocześnie się z tym zgadzam, i nie zgadzam. Więc chyba trzeba by trochę sprecyzować, o co mi chodzi.

Będzie długo i z obszernymi wspomnieniami, proszę o cierpliwość. Chcę pokazać, dlaczego tak mi zależy, abym sama nie zaniżała sobie wymagań.

Naprawdę jestem głęboko przekonana, że podstawą szczęśliwego życia jest świadomość bycia bezwarunkowo kochanym i taka sama postawa względem innych. Także siebie samej, na wszelki wypadek dodam.

I naprawdę, jak już tu pisywałam, wiele cudownych zmian w moim życiu zachodzi, odkąd przyjęłam do wiadomości (a raczej do serca) to, że jestem bezwarunkowo kochana przez Boga. I przez ludzi także. Do mnie ta miłość przyszła przez ludzi, tak mi się objawiła.

Swoją drogą teraz lepiej niż dawniej widzę, że to nie nowość. Jestem przekonana, że moi Rodzice kochali i kochają mnie nadal bezwarunkowo. A jednak z jakichś przyczyn nie miałam takiej świadomości. Nie chcę ich tu kłaść na kozetkę, ale tak sobie myślę, że może za bardzo troszczyli się o to, żeby mnie wychować na dobrego człowieka, że ja przejęłam przede wszystkim to oczekiwanie i wzięłam je sobie do serca bardziej niż leżący u podstaw wszystkiego fakt, że jestem kochana nawet, gdybym nie była i gdy nie jestem dość dobra.

W każdym razie, kiedy piszę o „wymaganiach” nie mam na myśli stawiania miłości warunków i dręczenie siebie.

Ale…

Kiedy moja Córka wspina się na wysoką dla siebie górę (ostatnio została fanką wspinaczki w terenie, nie pytajcie, jak wygląda cała Jej garderoba i śliczne czerwone lakierki z kokardkami) i nagle mówi: „Nie dam rady”, a ja czuję, że da (bo już dawała, bo widzę, jak niewiele brakuje, etc), to mówię: „Ja myślę, że dasz radę. Pilnuję, żebyś nie spadła, ale spróbuj sama wleźć”. I włazi.

I to jest coś, czego najbardziej brakowało mi w relacji z Rodzicami, zwłaszcza moją Mamą. Rety, głupio mi pisać o szczegółach z naszego wspólnego życia, ale jednak chcę dać przykłady.

Są dość ewidentne, bo nawet ja byłam w stanie się od nich zdystansować już w owym czasie, może więc dobrze zilustrują, dlaczego mi tak zależy na „wymaganiu” od siebie.

Rok 1995/96, chodzę do VIII klasy. Odkąd pamiętam, wiedziałam, do jakiego liceum będę chodzić. To było oczywiste, bo chodzili tam moi Rodzice (tam się poznali), Wujek, wielu Znajomych Rodziny. To było „the liceum” (odtąd: LICEUM);-) Było jednym z najlepszych w mieście.

Ja też byłam niezła. Uczyłam się najlepiej w szkole, no, może Andrzej był lepszy z matmy, ale on był z niej wybitny, a ja naprawdę świetna. Tak to było.

Nadawałam się do tej szkoły, po prostu.

Owszem, na początku ósmej klasy miałam drobne problemy z nauką. Nawet nie z nauką, ale z odrabianiem zadań (zwłaszcza z matematyki właśnie) – po prostu robiłam masę drobnych, idiotycznych błędów (zmiana znaku, pominięcie działania, zmiana danych w zadaniu. Ale wyszłam z tego i nauczyłam się (przynajmniej na chwilę) uważności i systematyczności.

A jednak… moja Mama wpadła w panikę na temat egzaminów do liceum. Usilnie namawiała mnie, bym startowała do innego niż to jedno jedyne, na którym mi zależało. Tłumaczyła, że do tego innego (nie chcę walić numerami) raczej się dostanę, a do LICEUM mogę się nie dostać. I co będzie? No jak to co! Ona, moja Mama, będzie musiała jeździć po całym mieście i szukać dla mnie miejsca w jakiejś koszmarnej szkole w odległej dzielnicy…

I ja to odrobinę kupiłam! To znaczy, jakoś udało mi się nie kupić tego lęku, że się nie dostanę. Byłam naprawdę obiektywnie niezła i uczciwie pracowałam. Kiedy dziś wspominam ową czternastolatkę, jestem pełna podziwu dla jej systematycznej pracy i oddania nauce. Nie, nie byłam nigdy kujonem. Ale potrafiłam sama sobie wyznaczać cele (to przeczytam, tamto przerobię, te zadania rozwiążę), pomagałam innym (przed klasówkami w fizyki lub chemii do naszego mieszkania ściągały pielgrzymki spragnione instruktażu z mojej strony;-)…), wymyśliłam i prowadziłam dla kilku najbliższych Koleżanek „kółko polonistyczne”, na którym na podstawie „Historii literatury polskiej” Miłosza i innych książek omawiałyśmy co ważniejszych autorów… Z inną Koleżanką, która chciała startować do tej samej szkoły, przerabiałam gramatykę angielską, bardzo systematycznie.

Ale kupiłam owo przekonanie, że moja ewentualna porażka to będzie sprawienie problemu Mamie. W ogóle (o ile dobrze pamiętam) nie przejmowałam się, że jakby co, to będę dojeżdżać do szkoły w odległej dzielnicy. Ale bardzo martwiło mnie to, że funduję mojej Mamie taki stres i mogę Jej sprawić taki kłopot.

W każdym razie nie zrezygnowałam z planów zdawania do LICEUM. I, jak pewnie się domyślacie, dostałam bez problemu.

Miałam atak paniki po egzaminie z angielskiego (który zresztą nie decydował o przyjęciu do szkoły, a tylko o poziomie klasy). Wyszłam stamtąd i pamiętając część pytań, na które nie znałam lub nie byłam pewna odpowiedzi, zaczęłam opowiadać je Rodzicom. I oni kupili moją niepewność i zamiast powiedzieć: „No, już napisałaś, nie myśl o tym, chętnie Ci wyjaśnię te wątpliwości (mój Tata jest wybitny z angielskiego), ale już nie analizuj, co było, bo na pewno jest ok”, zaczęli się zadręczać, jak mi źle poszło. Tata mówił potem, że On szczerze uwierzył, że poszło mi fatalnie (zastanawiam się, czy ja też miałam takie przekonanie i je Mu zaszczepiłam, czy wręcz przeciwnie, a jedyne co, to chciałam się podzielić częścią zagadnień, z którymi miałam problem). W każdym razie dostałam 183/200, pamiętam jak dziś. Drugi wynik spośród kandydatów do klas z rozszerzonym angielskim.

Skoro już tak analizuję tamte egzaminy(widać na coś mi to potrzebne)… Nie odważyłam się zdawać do klasy informatycznej, do której bardzo chciałam iść. Ponieważ… miał być test z wiedzy o komputerach, a ów test nie był dostępny w informatorze (w odróżnieniu od testów z innych przedmiotów, które skrupulatnie analizowałam i przerabiałam). I bałam się porażki, czy wręcz kompromitacji.

Nie odważyłam się zdawać do klasy z wykładowym angielskim (tu trochę winy anglistki z LICEUM, która świeżo po studiach uczyła moich Rodziców, a w moich czasach była guru anglistów i prowadziła wykładówki.. – Ona po rozmowie z nami uznała, że nie nadaję się do tej klasy. Dziś zastanawiam się, czy wnioskowała to z mojego poziomu (po paru zdaniach rozmowy po angielsku), czy raczej z braku pewności siebie mojej i Rodziców). Potem sama nalegała, bym się przeniosła do klasy z wykładowym angielskim, ale lubiłam moją klasę i kochałam Wychowawczynię, więc do zmiany nie doszło.

Dlaczego tak bałam się porażki? Dlaczego całe życie boję się porażek? OK, jestem na tyle bystra, że jak mam „model” to mogę się do niego odnieść i ocenić, i byłam w stanie mimo braku wiary Mamy uznać, że polski i matematykę zdam na tyle dobrze, by przy wybitnym świadectwie dostać się do LICEUM. Ale nawet nie spróbowałam zdawać do klasy informatycznej (dziś jestem pewna, że bym się dostała, podobnie jak do wykładówki angielskiej), bo nie miałam pewności, że sobie poradzę na głupim teście.

Myślę, że prócz masy cudownych rzeczy wyniosłam z domu ten lęk przed moją porażką. Paraliżujący strach mojej Mamy. I poczucie winy, że jak pójdzie mi źle, to Rodzice będą cierpieć.

Wyniosłam także brak wiary w siebie, o ile nie dało się tej wiary podeprzeć twardymi, empirycznymi dowodami.

Głupio mi to pisać, bo wyobrażam sobie, w jakim świetle stawia to moją Ukochaną Mamę, ale wiedzcie, że dziś patrzę na to z miłością i współczuciem dla Niej (dla siebie rzecz jasna także). Kiedy próbowałam przekonać moją Mamę, że dostanę się do LICEUM, bo jestem najlepsza w klasie i chyba w całej szkole, moja Mama mówiła: „Ale to jest bardzo słaba szkoła”. Kiedy dostałam się do LICEUM i byłam najlepsza w klasie i jedna z najlepszych w szkole, moja Mama mówiła: „Jeszcze się na Tobie nie poznali”.

Owo „jeszcze się na Tobie nie poznali” jako zwiastun mojej porażki prześladowało mnie przez lata i chyba jeszcze nie przestało, choć zmieniał się zakres spraw, których dotyczyło. Zastanawiam się (dopiero dziś!), na czym właściwie zdaniem mojej Mamy jeszcze się nie poznali. Czy naprawdę nie widziała, jaka jestem inteligentna? Chyba nie w tym rzecz. Niewątpliwie zawsze uważała, że uczę się za mało, za mało czytam, jestem leniwa. Może o to chodziło? Nie wiem.

Gdy patrzę wstecz, wydaje mi się, że naprawdę dobrze wykorzystywałam czas, miałam go i na naukę, i na przyjaźnie, i (w liceum) na zaangażowanie w parafię, w pomoc w świetlicy terapeutycznej, na Chłopaka…:-) Owszem, lubiłam i nadal lubię leżeć i rozmyślać. Ale dziś wiem dobrze, że w tym leżeniu i rozmyślaniu leżał klucz do wielu moich sukcesów.

A jednak ciągle sama sobie nie ufam. Nie ufam, że dam radę. Schudnąć. Napisać doktorat. Mam wiele lęków, że nie będę umiała dobrze wychować Ani (ale z tymi lękami najbardziej walczę i mam tu ogromne wsparcie Męża, więc jakoś im nie ulegam)…

Swoje potencjalne problemy (a problemy wynikają z prób dokonania czegoś, nie z rezygnacji chyba) traktuję, jakby miały obciążać wszystkich dokoła i podejmując się czegoś, czuję się winna, że w ten sposób obciążam Bliskich. Chodząc biegać, nie spędzam czasu z Anią, wykorzystuję zmęczonego po pracy Męża, etc, etc (wiem, że to bzdury), a przecież pewnie i tak nie wytrwam i nie uda mi się ani podciągnąć kondycji, ani zrzucić nadwagi. Doktorat? Traktuję jako swoją fanaberię, która tylko kosztuje kupę kasy, bo nie poszłam do pracy, tylko na studia doktoranckie, a na dodatek nic nie piszę. A pisaniem obciążałabym tych, którzy zajmowaliby się Anią (Męża, Teściową), a przecież dość ich już angażuję, chodząc do pracy. Niania? No, ok, to Jej praca, ale kiedy przychodzi, to kosztuje to kasę i ja znów muszę walczyć z poczuciem winy, że przeze mnie mamy dodatkowe wydatki. Tak, ja wiem, że to paranoja!

Duuużo bym jeszcze mogła.

W każdym razie potrzebuję „wymagać”, oczekiwać, pragnąć więcej, bo na to więcej mnie naprawdę stać. Tylko potrzeba mi kogoś, kto, gdy wspinam się na górę, powie: „Nie poddawaj się, dasz radę. A buty najwyżej będą brudne”. I chcę się nauczyć wreszcie sama sobie to mówić. A przynajmniej nie zaprzeczać i nie wątpić, gdy słyszę to od Męża czy Przyjaciół.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s