Koniec z autodestrukcją

Zwykły wpis

Biorę się za siebie.

Kusi mnie, żeby najpierw zacząć się tłumaczyć, usprawiedliwiać, wyjaśniać, jak to mi było ciężko, jaka straszna ciąża (o czym nota bene prędzej czy później muszę tu napisać, ale nie jako usprawiedliwienie), jak wymagająca Ania była (jest?) w kwestii mojej obecności, liczby pobudek, karmień, etc…

Ale nie, nie będę dziś niczego wyjaśniać. Po prostu przyznam się w pokorze (niewielkiej, na jaką mnie stać) do stanu rzeczy i opowiem, co postanawiam.

Wszystko mi się pomieszało w ostatnich paru latach.

Zamiast szukać rozwiązań (w działaniu ale i w modlitwie), miotałam się od nadmiernej aktywności po totalne zaniedbywanie spraw, które by mi pomogły.

Zamiast korzystać z tego, co mam, wolałam smucić się tym, czego nie mam.

Zamiast szukać endorfin w ruchu i muzyce, wolałam w ciszy się objadać.

Tak, jestem kompulsywną (nie do końca anonimową) foodoholiczką. Od lat nie jestem szczupła, ale w ostatnim roku zrobiłam się po prostu gruba i zamiast stanowczo coś z tym zrobić, dalej się smuciłam i jadłam.

Kiedyś biegałam i sprawiało mi to masę radości. Czułam się dobrze i fizycznie, i psychicznie. No ale tyle czasu się nie mogłam zmobilizować, by do tego wrócić.

Ale wracam. Wczoraj wieczorem poszłam po raz pierwszy biegać. Było super. Jasne, że forma nie ta. Zwłaszcza te dodatkowe kilogramy przeszkadzają, obciążają kolana. Ale szybko przypomniałam sobie ten cudowny rytm biegowych kroków i kondycyjnie nie było tak źle, jak się spodziewałam. Nogi też sobie przypomną.

I schudnę, i będzie łatwiej.

Poza tym znów czytam (w krótkich wolnych chwilach), to co ważne i potrzebne, a nie byle co, byle umysł zapchać. Trochę dla przypomnienia sobie o Jezusie Ewangelię. Trochę do doktoratu. Trochę o ludziach, w których życiu Pan działał na tyle wyraźnie, że i mi może to pomóc (ostatnio o Bracie Rogerze, Faustynie). No i po kawałku Chiarę Lubich, bo czuję, że to moja droga zwłaszcza na teraz.

Muszę włożyć więcej energii w to, by sobie nie szkodzić, tylko pomóc.

Jak nie teraz, kiedy czuję, że prowadzi mnie Łaska i moje decyzje są sensowne (niesamowite jest to pochodzące gdzieś spoza świadomości przekonanie, że nie muszę się wahać, mogę ufać swoim przeczuciom i decyzjom), teraz, kiedy jest ciepło i słonecznie i nie dopadnie mnie sezonowa depresja.., to kiedy? Biorę się.

I będę słuchać muzyki. Swojej ulubionej, nie tylko Aniowej i Mężowej. Jeszcze nie wiem, jak i kiedy, ale coś wymyślę. Teraz Mąż pojechał z Anią na spacer i do Babci, ja biorę się za tłumaczenie, ale póki się organizuję, gra mój ulubiony album The Stars moich ukochanych The Cranberries. Tyle wspomnień, tyle emocji, tyle szczęścia.

Przestanę wreszcie poprzestawać na przypadkowych, krótkotrwałych przyjemnostkach i postaram się wytrwale starać o to, co naprawdę mi pomaga. Przecież mam już tyle doświadczenia sama ze sobą, że powinnam wiedzieć lepiej niż do tej pory działałam.

Reklamy

8 responses »

  1. Działaj! Póki jesteś tak pięknie zmotywowana. Bez tego bywa trudniej. Zresztą wiesz…
    Trudno zacząć biegać, kiedy nogi odmawiają postawienia kroku.
    Teraz już biegniesz. Nogi dogonią 🙂
    Powodzenia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s