Nieprzyzwoicie banalny banał

Zwykły wpis

Miałam ostatnio dość. Czułam, że moje życie już zupełnie nie jest moje, że wydzierające się dziecię wydziera mi resztki tego, co kurczowo próbowałam uchronić dla siebie. Spokojne wypicie kawki? Nie, bo ostatnio co chwilę: „Mama, zobacz, jaki śliczny płatek znalazłam!”, „Mama, jogurt kapnął na krówkę!”, „Matko Boska (tak ostatnio mnie wołała), chodź grać w piłę!”, etc, etc.

Do tego jeszcze z trudem odzyskane wieczory zamieniły się w parogodzinne próby usypiania (dwukrotnie zupełnie brakło mi cierpliwości i zachowałam się podle i względem Ani, i Męża…). Dopadły mnie lęki o to, że nigdy już nie będę mogła spokojnie wziąć kąpieli, wyjść z domu, pospać, pożyć po mojemu.

I wtedy przyszło olśnienie.

To jest banał, ale banał, który sprawdziłam na sobie i potwierdzam całym swoim blogerskim autorytetem;-)

Jeśli dziecku poświęci się uwagę, to nie będzie musiało o nią walczyć.

Po dwóch wieczorach, kiedy od 20 walczyłam do 22, 22:30, żeby wreszcie poszła spać, spróbowałam odpuścić. Wybawiliśmy się (po powrocie Męża z pracy już w trójkę) prawie do 21, potem jeszcze kąpiel i ciach, szybko usnęła.

Wczoraj Mąż pracował w nocy, więc po Jego odjeździe o 18 postanowiłam znów nic nie forsować, tylko aktywnie, naprawdę aktywnie spędzić ten czas z Anią. Sama wychodziłam z inicjatywą zabaw, przychylałam się do Jej pomysłów, wczuwając się w zabawę w banana, który udaje, że jest duchem i bawi się z kotkiem oraz tym podobne cuda, które – dzięki uważności – naprawdę mnie bawiły. Potem zaproponowałam kąpiel, ale Ania nie chciała – i nie forsowałam. Zamiast tego poczytałyśmy książeczki, proponowałam 2, Ania wynegocjowała 4, a w połowie drugiej sama powiedziała, że chce spać. Trzeba było jeszcze umyć zęby, wykonać choć podstawowe mycie wieczorne w wersji bez kąpieli, przebrać w piżamkę – to często jest wieczorem źródło konfliktów, bo Ania niesamowicie celebruje: szczotki do zębów muszą ze sobą pogadać, pojeździć na talerzu, nartach, sankach, poskakać, potrykać się, etc, etc. Gdy jestem zmęczona, mam ochotę jak najszybciej ten spektakl odwalić i marzę tylko o tym, żeby się uwolnić. Ale wczoraj miałam to szczęście, że nie czułam aż takiego zmęczenia.

A może to nawet nie jest kwestia zmęczenia. Od dawna dostrzegam, że mnie najbardziej wyprowadza z równowagi wielozadaniowość, że nie umiem poświęcać się z uwagą temu, co robię, jeśli myślę o masie innych spraw, które (w swoim przekonaniu przynajmniej) mogłabym czy powinnam robić zamiast tego. To męczy mnie najbardziej, także fizycznie.

W każdym razie udało się bez sporów i z miłością, i kiedy Ania była już w piżamce (no, przyznam się, w ramach kompromisu pozwoliłam Jej spać w koszulce, w której chodziła w dzień, ale spodnie zmieniła bez oporów), czułam, że wszystko jest dobrze, że naprawdę Ją kocham i że jestem szczęśliwa, że jestem Jej Mamą. I podziękowałam Jej za bardzo fajny dzień (wtedy naprawdę czułam, że był fajny, zupełnie zapomniałam o porannym marudzeniu i południowej histerii)… I w moim sercu był spokój.

Myślę, że w dzisiejszych czasach trudno nam o uważność. Tyle mamy spraw. Ale wiem też, że wiele z nich sami sobie niepotrzebnie fundujemy. Bawię się z Anią, ale ukradkiem sprawdzam przez komórkowy internet, czy ktoś mi odpisał na grupie dyskusyjnej. Mówię, że musimy się ubierać, ale siedzę na facebooku i wcale sama siebie tak nie pospieszam jak Ją. Etc, etc.

Ale jest jeszcze coś i byłabym nieuczciwa nie wspominając o jeszcze jednym motywie mojego postępowania. Ostatnio w jakiejś kryzysowej sytuacji, sama nie wiem, na jakiej zasadzie, przypomniały mi się słowa Jezusa, których nigdy za bardzo nie rozumiałam:

Nikt mi go [życia] nie zabiera, lecz ja od siebie je oddaję.

Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. (Ewangelia wg Jana 10, 18)

Pamiętam, że ten tekst mnie od dawna niepokoił, bo jakoś bliższa mi myśl, że to ludzie zabrali Jezusowi życie. Ale przecież skądinąd (Izajasz, Ewangelia, mniejsza teraz o szczegółowy wywód) widać, że On pozwolił na to, że świadomie nie postawił oporu.

W każdym razie – absolutnie nie porównując moich rodzicielskich i innych trudów z Męką Jezusa – pomyślałam sobie wtedy, gdy mi się te słowa przypomniały: ja także mam moc oddać moje życie. Nie z wściekłością czy rezygnacją odpuścić, ale oddać. Sama siebie ofiarować tym, których kocham. Nie czekać, aż Ania upomni się o swoje, tylko sama pokazać, że bardzo kocham i że mi zależy.

Czy to jest odzyskanie? Jeszcze nie wiem. Ale jest mi lżej. I nawet podłogi pomyłam bez marudzenia Męża, że obiecywałam o to się troszczyć, a nie robię. A co. Mam moc.

Advertisements

5 responses »

  1. Mi też się lżej zrobiło. Dzięki.
    I w samą porę ten tekst przeczytałam. Środy są trudne. Gdzieś uwikłana między swoje „chcę” i „muszę” próbuję upchnąć własne sprawy w naszą codzienność. „Już jeszcze tylko… obiorę ziemniaka, zszyję ten materiał, napiszę tacie sms’a, zrobię sobie kawę, podleję kwiatki… „. Dzisiaj dziecko musiało zacząć wyć, żebym zobaczyła, że ono na mnie czeka. Rzuciłam wszystko (chociaż wiem, że to też nie o to chodzi) i poszliśmy szukać pszczółek. Sprawdzaliśmy każdy kwiatek i w końcu znaleźliśmy 🙂

  2. Dziękuję, naprawdę dziękuję za ten wpis. Jest mi tak bliski, że mogłabym go sama napisać. Pozdrawiam i życzę dalszych sukcesów w samodoskonaleniu. 😀

    • 🙂 Asiu, fajnie, że znów znalazłaś czas przeczytać i skomentować:-) Za dobre życzenia dziękuję, niemniej zaznaczę zgodnie z prawdą, że to wszystko nie ma nic wspólnego z SAMOdoskonaleniem:) To nie ja się zmieniam, to naprawdę Łaska działa.

  3. Zaczytałam się tutaj u Ciebie. I za ten wpis też dzięki. Piszesz o uważności i tak dobrze o niej piszesz, tak jak jest – u nas zauważyłam, że jak tylko próbujemy być jednozadaniowi, to wszystko inacej już wygląda. Czytanie książeczek dla czytania książeczek, nie po toi, żeby szybciej zasnął, żeby już zaraz móc iść, żeby potem coś tam… trudne to na codzień, ale warte tego trudu. Podrzucę Ci coś, co może już znasz (przepraszam, jeśli nie na miejscu jest na ‚Ty’), ale co mi się skojarzyło, bo tak pięknie to zobrazowałaś

    ‚There are two ways to wash the dishes. The first way is to wash the dishes in order to have clean dishes and the second way is to wash the dishes in order to wash the dishes […] If while we are washing dishes, we think only of the cup of tea that awaits us, thus hurrying to get the dishes out of the way as they were a nuisance, then we are not ‚washing the dishes to wash to wash the dishes.’ What’s more we are not alive during the time we are washing the dishes….If we can’t washes the dishes, chances are we won’t be able to drink our tea either.’ (Thich Nhat Hanh)

    • Fenomenalne, dzięki! I bardzo mi potrzebne! Ja także zajrzę do Ciebie i coś czuję, że się rozgoszczę, ale teraz muszę uczciwie popracować:-) Więc nawet nie będę klikać tamtych linków, które podałaś w innym komentarzu, co by mnie nie zwiodły na pokuszenie. Serdecznie pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję za Twoje komentarze!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s