Otwartość i moc

Zwykły wpis

Uświadamiam sobie, jak bardzo moje (ale nie tylko moje, także wielu osób, które kocham) życie jest spowite nieokreślonym lękiem. Ten lęk dotyczy czegoś nieuchwytnego, bardzo głęboko zakorzenionego, ale oczywiście znajduje ujścia na zewnątrz w całej masie codziennych, drobnych spraw.

Przyjmowałam go do niedawna jako coś nieuniknionego, jako jakąś oczywistość, która we mnie jest i którą co najwyżej można jakoś ugłaskać, uciszyć, nie pozwalać za głośno krzyczeć.

A jednak to chyba nie jest oczywistość i rzecz nieunikniona. Chyba da się doświadczyć łaski życia bez tego lęku u podstaw wszystkiego, co czynimy. Taką mam teraz intuicję.

Zaczynając studia (jednocześnie teologię i religioznawstwo, żeby mieć wizję i głębszą, i szerszą – tak mi się przynajmniej zdawało), chciałam odpowiedzieć sobie na jedno pytanie. O grzech pierworodny. Skąd taki koncept w chrześcijaństwie (zwłaszcza zachodnim)? Jak mają się do tego inne religie? Czemu przypisujemy człowiekowi aż taką niedoskonałość i czy bez niej Zbawienie byłoby mniej piękne i pełne? – i masa tym podobnych pytań wokół tego problemu.

Do dziś sobie nie odpowiedziałam.

Natomiast moja nowa intuicja mówi o tym, że ów lęk może mieć coś wspólnego z tym, co się miało wydarzyć w Ogrodzie, gdy Ewa i Adam sięgnęli po owoc. Może to właśnie ten lęk, że nie jest się dość kochanym, dość obdarowanym, i w związku z nim przekonanie, że trzeba na pewno wywalczyć sobie maksimum tego, co możliwe, że stać nas na więcej, że na więcej zasługujemy, więc musimy to zdobyć. Na dodatek zdobyć to na własną rękę, samodzielnie zapewnić sobie bezpieczeństwo, bez dialogu, bez próby dowiedzenia się, co OJCIEC miał na myśli, dając mi to właśnie moje życie.

Wiem, że mało kto z nas zaznał w życiu naprawdę bezwarunkowej miłości. A jeszcze mniej kto w nią uwierzył. Wolimy robić tak, jakbyśmy byli sami jedni i musieli ze wszystkim dać radę (albo kurczowo się chwytać drugiego człowieka, rzeczy, ideologii)… A jednak (dziś przypadkiem natrafiłam w Modlitwie popołudniowej z brewiarza, w jednym z psalmów):

„Ci, którzy nie wzywają Boga, *

tam zadrżą ze strachu, gdzie bać się nie ma czego…”

Właśnie, tak często nie ma czego. Nie, nie chcę powiedzieć, że strach jest zawsze zły. Myślę, że może być dobry, tak jak ból, który nas ostrzega przed rzeczami, których nasz organizm nie uniesie. Wierzę, że Jezus w Ogrodzie (sic!) też się bał. Ale w momencie lęku nie zamknął się w ramach ludzkich rozwiązań (sen, miecz, ucieczka…), tylko rozmawiał z Ojcem.

Nie, nie rozwiązałam jeszcze wszystkich problemów katolickiej teologii ani mojego życia. Ale olśniło mnie (pewnie rzecz oczywista): jak naprawdę ogarnia mnie strach i gdy czuję, że nie mam tego, co mi potrzebne, spróbuję najpierw wezwać Boga.

Reklamy

One response »

  1. Pingback: Poczucie sensu « Love's patient

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s