Monthly Archives: Kwiecień 2012

29 kwietnia 2009

Zwykły wpis

Trochę to niefajne, że jak tylko w tytule pojawia się data dzienna, to znaczy, że będzie smutno. No ale cóż…

3 lata mijają od dnia, kiedy trafiłam do szpitala w 19. tygodniu ciąży. To nie była moja pierwsza wizyta na izbie przyjęć, ponieważ od początku ciąży z Anią działy się różne przygody, a po poronieniu byłam szczególnie wrażliwa i wolałam mieć pewność, że wszystko ok.

Teraz będzie długi opis, wrażliwych proszę o dzielność lub nieczytanie.

Tym razem nie było ok. Zostałam przyjęta do szpitala. Miałam nieszczęście i szczęście. Nieszczęście trafić na lekarkę-idiotkę, która po zbadaniu mnie stwierdziła, że wszystko w porządku, ale jeszcze kolega przyjdzie i zrobi usg. Szczęście, bo ów „kolega” okazał się jednym z najlepszych ginekologów w Polsce i szybko połapał się, że jest bardzo nie w porządku. Powiedział też: „Jedną stratę już pani przeżyła, musimy zrobić, co się da, żeby tym razem tak nie było”. Nieszczęście, bo to wszystko działo się zaraz przed długim weekendem i przez kilka dni lekarze dyżurujący byli ewidentnie z doskoku, nikt nie wiedział, kto ja jestem i z czym leżę, sama musiałam im tłumaczyć, a w tym szpitalu panował (pewnie nadal panuje) terror i prawie nikt nie miał odwagi cokolwiek zrobić czy nawet powiedzieć bez zdania ordynatora, a ordynator był na urlopie. Szczęście, bo zaufałam swojej intuicji, która kazała mi iść do szpitala, choć parę dni wcześniej byłam u mojej pani doktor i wszystko było w porządku…

Swoją drogą ta sama pseudo-lekarka kilka dni później zdiagnozowała dziewczynie poronienie w toku i zarządziła łyżeczkowanie. Ponieważ był jakiś szalony dzień i nie miał kto potwierdzić diagnozy (taka jest procedura) laska płakała nam w rękawy cały dzień, aż nagle przyszedł drugi lekarz, wziął ją na badanie i wróciła płacząc jeszcze gorzej, że serduszko bije i wszystko z dzieckiem w porządku. Była w histerii i szoku…

Read the rest of this entry

Reklamy

Wymaganie, wyzwanie, szansa…?

Zwykły wpis

Chciałabym wyjaśnić (zwłaszcza sobie), o co mi właściwie chodzi z tymi wymaganiami. Czuję się zainspirowana dyskusją z Agnieszką S. na facebookowym profilu Love’s patient (na który przy okazji serdecznie zapraszam, możecie mnie i tam polubić;-)…).

Agnieszka, która jest dla mnie jednym z większych autorytetów, napisała w odpowiedzi na moją poprzednią notkę:

nic od siebie nie wymagaj, bądź dla siebie łagodna i naucz się traktować samą siebie z miłością, zrezygnuj z muszę/powinnam i szukaj chcę/pragnę/potrzebuję.

I ja jednocześnie się z tym zgadzam, i nie zgadzam. Więc chyba trzeba by trochę sprecyzować, o co mi chodzi.

Będzie długo i z obszernymi wspomnieniami, proszę o cierpliwość. Chcę pokazać, dlaczego tak mi zależy, abym sama nie zaniżała sobie wymagań.

Read the rest of this entry

Koniec z autodestrukcją

Zwykły wpis

Biorę się za siebie.

Kusi mnie, żeby najpierw zacząć się tłumaczyć, usprawiedliwiać, wyjaśniać, jak to mi było ciężko, jaka straszna ciąża (o czym nota bene prędzej czy później muszę tu napisać, ale nie jako usprawiedliwienie), jak wymagająca Ania była (jest?) w kwestii mojej obecności, liczby pobudek, karmień, etc…

Ale nie, nie będę dziś niczego wyjaśniać. Po prostu przyznam się w pokorze (niewielkiej, na jaką mnie stać) do stanu rzeczy i opowiem, co postanawiam. Read the rest of this entry

Poczucie sensu

Zwykły wpis

Niesamowicie lubię takie chwile. Są jak dziury w chmurach, przez które przebijają radosne promienie słońca.

Chwile, kiedy jestem otwarta i dostrzegam więcej niż zwykle. I kiedy, nagle, wszystko zaczyna do siebie pasować, kiedy czuję, że jestem połączona z innymi tajemniczymi więzami. Zrozumienia? Przyjaźni? Wspólnoty ludzkich losów?

Czasem przychodzi to w bardzo drobnych, radosnych rzeczach. Na przykład takie zbieżności. Ciągle natrafiam na myśli podobne do moich. Na pewno jest też tak, że robię się uważniejsza, no i więcej rozumiem, więcej mi się kojarzy…

Ale też zachodzą takie różne, wesołe przypadki. Pamiętacie, dopiero co pisałam o tym, co moim zdaniem mogło się wydarzyć z Ewą i Adamem w Ogrodzie, we wpisie: Otwartość i moc. A dziś przychodzi do mnie mailem taka oto myśl z Laboratorium Więzi, które rozsyła mi newsletter z inspirującymi tekstami. W tym miesiącu to myśli Nouwena. No i dziś przyszła taka oto:

Kiedy pierwsi ludzie zwątpili i odwrócili się od Bożego słowa, polegając na własnych słowach doświadczyli nagości, niepokoju i lęku. Grzech pierworodny to nazwa tego braku ufności do pierwotnej relacji.

 (Henri J. M. Nouwen, Wieczorem w domu, Kraków 2010, s. 137)

Nieprzyzwoicie banalny banał

Zwykły wpis

Miałam ostatnio dość. Czułam, że moje życie już zupełnie nie jest moje, że wydzierające się dziecię wydziera mi resztki tego, co kurczowo próbowałam uchronić dla siebie. Spokojne wypicie kawki? Nie, bo ostatnio co chwilę: „Mama, zobacz, jaki śliczny płatek znalazłam!”, „Mama, jogurt kapnął na krówkę!”, „Matko Boska (tak ostatnio mnie wołała), chodź grać w piłę!”, etc, etc.

Do tego jeszcze z trudem odzyskane wieczory zamieniły się w parogodzinne próby usypiania (dwukrotnie zupełnie brakło mi cierpliwości i zachowałam się podle i względem Ani, i Męża…). Dopadły mnie lęki o to, że nigdy już nie będę mogła spokojnie wziąć kąpieli, wyjść z domu, pospać, pożyć po mojemu. Read the rest of this entry