Kroniki cz.4 – Praga z dwuipółlatką

Zwykły wpis

Czechy, Praga… Trzeba mnie naprawdę dobrze znać, by zrozumieć, jak ważne to dla mnie miejsca i z iloma uczuciami się wiążą. Waham się, czy próbować to teraz wyjaśniać? Może w paru zdaniach spróbuję, ale z góry załóżcie, że to tylko mały wycinek tego, co noszę na ten temat w sercu.

Czechy to dla mnie alternatywna (do znanej mi i doświadczanej w Polsce) historia dziejów chrześcijaństwa. Kraj, którego architektura i język są przesiąknięte religią, a dzieje świętymi (z których kilkoro jest mi szczególnie bliskich, na przykład Wojciech, Ludmiła, Agnieszka, Wacław…)… Kraj heroicznych i trudnych do oceny zmagań o kształt Kościoła i w czasach Jana Husa, i odrodzenia narodowego, i komunizmu… Kraj biskupów, którzy myli okna. Kraj wizjonera Tomáša Garrigue Masaryka, no i mojego ulubionego Tomáša Halíka… I Vaclava Hávla… I Szwejka, którego po czesku czytał na głos rodzinie mój Pradziadek (przy całej antypatii Halíka do Szwejka)…

Język, który wchodzi mi do głowy zupełnie sam, tak jakbym znała go od zawsze, cieszy nieustannie, choć już w ogóle nie rozśmiesza. A przecież ujął mnie… uwaga… przez Jožina z bažin…, który przyszedł jak nadzieja i oderwanie od trudnej rzeczywistości, kiedy nie mogłam ponownie zajść w ciążę po poronieniu i kiedy uznałam, że nigdy nie będę mieć dzieci i wobec tego wyjadę nawracać Czechy… a raczej sama się tam nawracać, bo głęboko porusza mnie wizja życia w bardziej sekularnej i niechętnej chrześcijaństwu rzeczywistości (i – choć Mu głęboko współczuję i proszę, by Pan wybaczył, bo nie wie, co czyni – dlatego mam pewne nadzieje związane z Palikotem i jego wściekłością na Kościół w Polsce).

Doktorat, który z tego wszystkiego wypłynął, i który może jednak kiedyś napiszę. Spotkanie z Halíkiem, jego ciepła serdeczność i skromna mądrość…

A jednocześnie poprzedni pobyt w Pradze, w początkach ciąży z Anią… krew, przerażenie, szpital… który więcej popsuł, jak się potem okazało, niż pomógł… Pobyt przerwany przedwcześnie w tak trudnej atmosferze. Lęk, że miłość do Czech odbierze mi dziecko…

Dużo spraw mi się w głowie i sercu porusza, gdy myślę o Pradze i o Czechach.

No i tam właśnie polecieliśmy na 3 dni z Mężem i Anią. Zakładaliśmy plan minimum, graniczący z brakiem planu. Mieliśmy gdzie mieszkać, mieliśmy trochę koron i nadzieję, że będzie fajnie.

I było super! Wstawaliśmy rano, wołani przez Anię: „Wstawaj, Tata, musimy iść do restauracji, zanim nam wszystko zjedzą” schodziliśmy na śniadanie, a potem ruszaliśmy tramwajem w kierunku centrum miasta. Muszę oddać sprawiedliwość praskiej komunikacji miejskiej. Jest droga, ale cudowna! Nawet na totalnych rubieżach, gdzie nocowaliśmy, funkcjonuje kilka linii tramwajowych i autobusowych, jeżdżących nawet w sobotę wieczorem częściej i punktualniej niż w naszej dzielnicy Krakowa w dni powszednie w godzinach szczytu… O metrze już nie wspomnę.

Dojeżdżaliśmy gdzieś i nasycaliśmy się widokami. Cudowny był Wyszehrad w słońcu, z Aneczką w nastroju poznawczo-piknikowym… Chciała wchodzić na wszystkie murki i oglądać przecudne widoki Pragi (nie ma co się Jej dziwić), łaziła po ścieżkach, ścieżynkach i schodkach (czasem irytując się na nas, jako że nie realizowaliśmy Jej planów strategicznych, kto w jakiej kolejności ma maszerować, ale i tak było śmiesznie), moje myśli o Agnieszce z Przemyślidów i wzruszenie, że i ona tam chadzała…, kościół, gdzie zyskałyśmy punkty u pani sprzedającej bilety, gdy Ania padła na kolana, by się przeżegnać (chyba rzadki widok), tak że nawet (zarzekając się, że nierada to czyni) rozmieniła nam pieniądze, byśmy mogli kupić w automacie pamiątkowy medal (zbieramy z Anią takowe). Przypadkowo odkryty grób Josefa Zvěřiny…

Dogłębnie schodziliśmy okolice Rynku Karola, na który poprzednim razem nigdy nie natrafiliśmy. Obok ratusz, z którego rzekomo ktoś kogoś wyrzucił przez okno i tak zaczęła się wojna trzydziestoletnia. Najdroższa na świecie kawa na samym środku Rynku Wacława, kiedy to Ania spała w wózku, a nas znużonych i nieco zmarzniętych od wiatru skusiła wizja kocyków na oparciach krzeseł, jednym z których okryliśmy Anię, i zwiedzeni normalną ceną piwa, nie wpadliśmy na to, ile może kosztować kawa… osłodziły to nieco komplementy kelnera co do mojego czeskiego (nie wiem, czy szczere, ale trudno).

Złażona w końcu Mała Strona. I wszystkie mosty na Wełtawie. Nowa miłość – wysepki na tejże. I Kampa. I place zabaw! No właśnie… To niesamowite, ale w Pradze są cudowne place zabaw usytuowane w bliskości głównych turystycznych atrakcji. Najpierw odkryliśmy ten pod Wyszehradem, potem – co już totalnie rzuciło nas na kolana – dosłownie pod mostem Karola, na Kampie. Kampa to też odkrycie tego wyjazdu, polecam (łącznie z restauracją Pod Czarnym Orłem – spolszczam już wszystko, bo się spieszę i nie chce mi się szukać na klawiaturze czeskich znaczków).

No i najdroższe lody świata pod Hradem. I Ani niesamowity wysiłek, by własnonożnie na tenże Hrad się wdrapać po schodach, po drodze będąc podziwianą i pozdrawianą przez międzynarodowy tłum… I poszukiwania sklepów z zabawkami (nasze dziecię uwielbia sklepy z zabawkami, przy czym traktuje je niczym połączenie muzeum z placem zabaw, nie potrzebuje, by coś kupować, wystarczy, by dać jej w spokoju pooglądać i podotykać, a najlepiej pobawić się razem chwilę… W Manufakturze, odkrytej przy poprzednim pobycie, było to mile widziane i utknęłyśmy tam na długo – Paweł stał z wózkiem przed sklepem, jako że ciasno wewnątrz, i zastanawiał się, co my tam robimy… ale my się wcześniej naczekałyśmy pod sklepem z absyntami i łyżeczkami do tychże.

Ania tańcząca na schodach Kościoła Św. Mikołaja do muzyki puszczanej z auta jakichś czeskich ekstremistów na Rynku Starego Miasta… Szkoda że nie mieliśmy kapelusza, może zwróciłyby się koszta kawy z Rynku Wacława.

Leśna wycieczka po górce, którą błędnie uznałam za Białą Górę (która okazała się znajdować po przeciwnej stronie dużej ulicy nieopodal naszego hotelu) i zdobycie Kalwarii z krzyżem z 1721 roku.

Schemat był prosty: łazimy i zwiedzamy, jak Ania ma dość, to szukamy kawiarni z soczkami i bez dymu papierosowego (niestety trudne), placu zabaw albo sklepu z zabawkami, a potem ruszamy dalej. Albo czegoś do jedzenia. Albo przestrzeni, gdzie można zupełnie beztrosko latać (jak nieczynna fontanna koło stacji metra na Małej Stranie) albo rozkoszować się ciekawym także i dla dwuipółlatki miejscem (jak schody Rudolfinum)…

W połowie dnia Ania zasypiała w wózku i wtedy albo intensywnie łaziliśmy albo odpoczywaliśmy, zależnie od ochoty i humoru…

A, zapomniałabym. 2 główne atrakcje dla dziecka w Pradze!

Grajkowie przeróżni na Moście Karola (warto mieć dużo drobnych na tę okazję) – jakość muzyki różna, radość i taneczność Ani bezcenna.

Pingwiny między Kampą a Mostem Legii. Świecące po zmroku! Przekonały Anię, że wieczorem też może być fajnie i zupełnie zlikwidowały Jej lęk przed ciemnością!!! Zaraz obok są, jak to Ania mówi, „rampujące dzieciaki” (no, po polsku raczkujące okropne rzeźby ogromnych rozmiarów).

I wiele jeszcze można by napisać. Ale naprawdę było super. Od rana do jakiejś 19-20 poza hotelem, a potem błogi sen łapał nas wszystkich i wyspaliśmy się za wszystkie czasy. Ania, ku naszemu zdziwieniu, chciała spać sama we własnym łóżku i raz nawet przespała tam CAŁĄ noc!

A następnym razem na wieczory znajdziemy jakąś opiekę dla Ani (dawniej myślałam o wybraniu się bez Niej, ale teraz nie darowałabym sobie, z Anią jest najweselej!) i pójdziemy wieczorem na piwo. Albo do teatru… I wreszcie uda mi się pójść na mszę do Salwatora!

 

Reklamy

8 responses »

  1. Wbrew temu,co twierdzi wiele dzieciatych i niedzieciatych,dziecko w tym wieku potrafi być świetnym kompanem:) Sama często dla własnej rozrywki zostawiam małe (pół roczku), zabieram duże (prawie 3 latka) i gdzieś sobie jedziemy.Nie na długo,do kina,na wycieczkę,na jakieś warsztaty dla maluchów. I jest świetnie:)

    • To prawda, w tym wieku jest już nieźle. Zresztą z Anią pod tym względem zawsze było nieźle… Poza domem… Bo w domu często czuję się znużona, nerwowa, wyczerpana i Ona też wydaje mi się trudniejsza. Może to kwestia siedzenia w domu już 3 lata, biorąc pod uwagę ciążę i leżenie…

  2. Piękny reportaż :). Czytam i czytam i się naczytać nie mogę. Jednak ta Praga w sercu, prawda :)?
    Niedługo będę tam przejazdem do innego kraju, z którym być może zwiążę część życia, więc pozdrowię Pragę :).

      • Kraj m.in. I. Andrica, którego dorobek literacki właśnie poznaję, Dunaju, śliwowicy, ajvaru, mocnej kawy i jeszcze wielu innych rzeczy odkrytych i nieodkrytych przeze mnie.
        A z tym wolnym czasem to ja teraz też trochę deficytowo z wielu względów.
        Dobrego i radosnego weekendu, z choć odrobiną czasu na to, co lubisz robić :).

      • Wykażę się teraz ignorancją co do krajów byłej Jugosławii. Bośnia?:-)
        Dzięki za dobre życzenia, chyba się nawet spełnią! I nawzajem:)

  3. wciągająca relacja! Bardzo lubię Czechy i Czechów z wielu względów. Patrzę na nich trochę przez pryzmat ich pieśniarzy , których uwielbiam – Raduzy, Nohavicy, Kryla, również tak jak u Ciebie Havel i Halik odegrali swoją rolę, trochę publicystyka Szczygła ale przede wszystkim życzliwość i pogoda ducha Czechów. Spotkałem się z nią przejeżdżając kiedyś przez Czechy rowerem. Aż chce się jechać znowu… 🙂

    • Nohavicę także uwielbiam. Kryl mnie jakoś nie przekonał, a o Raduzie słyszałam, ale jeszcze nie miałam okazji się zapoznać.
      Moim wielkim marzeniem jest być na koncercie Jarka, najlepiej w Ostrawie…
      Chciałabym też lepiej poznać Czechy poza Pragą – na pewno taka wyprawa jak Twoja byłaby superokazją. Ale może znajdzie się jeszcze inny sposób.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s