Kroniki cz. 2 – początkowy pobyt w Gdańsku

Zwykły wpis

Początkowy pobyt w Gdańsku (bo były dwa)

O ile na co dzień w macierzyństwie najbardziej doskwiera mi samotność (brak regularnych, intensywnych kontaktów z innymi, zwłaszcza dorosłymi), o tyle w Gdańsku czułam się jak w raju.

Po pierwsze, byliśmy prawie cały czas razem z Mężem i Anią, a na co dzień takich spokojnych wspólnych chwil w trójkę brakuje. Nawet jak jesteśmy razem, to ciągle coś do zrobienia, ktoś musi iść coś załatwić, etc, spieszymy się.

Na wakacjach mogliśmy się mniej spieszyć. A to jest zbawienne, zwłaszcza dla Ani, która spieszyć się nie znosi. Co prawda nie uniknęliśmy kilku awantur, bo ostatnio największym problemem Ani jest zmiana miejsca pobytu, zwłaszcza połączona z koniecznością zmiany ubrań;-) Ale jak się już udało ubrać i wyjść, było super.

Niewiele mieliśmy konkretnych planów na te 3 pierwsze dni wakacji przed wylotem do Pragi, więc po prostu łaziliśmy – nad morze (Ania została jego wielką fanką przy poprzednich pobytach, uszczęśliwiając tym także Dziadka oceanografa, który chlubi się, że On pierwszy Jej morze pokazał, co jest prawie prawdą…;-)), nad Motławę, do moich Dziadków (czyli Pradziadka i Prababci Ani)…

Wśród Bliskich odpoczywałam, bo Ania radośnie zajmowała się zabawą także z innymi, a ja miałam z kim pogadać, kogo posłuchać, na co popatrzeć. Widzę, jak pod pewnymi względami macierzyństwo połączyło się u mnie z deprywacją sensoryczną, a w wakacje nadrobiłam;-)

A propos zmysłów, trzeba wspomnieć o początku epizodu knajpianego. Otóż Ania już przy drugiej swojej wizycie w Gdańsku (miała wtedy około roku) objawiła się jako sybarytka. Czytanie menu okazało się wtedy Jej ulubioną rozrywką i choć w restauracjach niewiele jeszcze mogła jeść (bardzo ostrożnie rozszerzaliśmy Jej dietę z powodu wmówionej nam przez lekarzy alergii pokarmowej), to i tak czuła się tam wniebowzięta. Tak było i tym razem, tyle że teraz już je normalnie.

Sybarytyzm Ani zaczął się tym razem rozwijać już w Gdańsku, kiedy to wybraliśmy się wszyscy w okolice Długiej i Motławy. Ania najpierw cieszyła się samą wycieczką (jak się już na nią wyzbieraliśmy), potem odkrytą przez nas przypadkowo Galerią Starych Zabawek – choć prawdę powiedziawszy, to może my cieszyliśmy się tam nawet bardziej, przypominając sobie zabawki naszego dzieciństwa i dyskutując, kto co miał;-) Potem zaczęła się już trochę niecierpliwić i ocaliła nas tylko perspektywa spotkania z moim Tatą, a potem Mamą, i w końcu „pójdziemy na jedzonko”. Mieliśmy nieco inny plan lokalowy, ale przechodząc obok pizzerii wspomniałam o tym, że tu pizza, no i Ania wyraziła tak ogromny entuzjazm, że ze względu na Nią i na mojego Tatę, który także jest fanatykiem pizzy, wstąpiliśmy tam. Najlepsze było, po zajęciu miejsca przy stoliku: „No to gdzie jest pizza?”:-D No i jeszcze zamawianie soku… Ania przez dwa lata wychowywana na samym mleku i wodzie, po ukończeniu 2 lat zaczęła pijać soki i chyba w związku z tym uważa to za wyraz awansu społecznego i traktuje jako niesamowity rarytas;-) Więc w każdej kawiarni i restauracji w czasie pobytu w Gdańsku czy Pradze, raczyła obsługę dywagacjami, czy chce jabłkowy, czy pomarańczowy;-)

Co jeszcze? Ania ogromnie zaprzyjaźniła się tym razem ze swoimi Pradziadkami: zwłaszcza Tatą mojego Taty, który potrafi wydawać niesamowite dźwięki i cudownie naśladować zwierzaki, Jego Żoną, która (jako matka dwóch synów i babcia dwóch wnuków oraz prawie moja Babcia) zostawszy Prababcią Ani wreszcie realizuje swoje marzenia o ubieraniu dziewczynki i dostarcza Ani niesamowitej liczby ślicznych ubranek i ogólnie zachwyca się Nią na każdym kroku, a także z Mamą mojej Mamy, której do niedawna trochę się bała, a teraz już (umiejąc się świetnie dogadać po polsku) potrafi wyjaśnić Jej, że chętnie do niej przyjdzie oglądać telewizję, podziwiać kwiatki na oknie albo pobawić się w co innego, ale „nie teraz, Babciu, teraz zjem śniadanko”;-) Więc wreszcie nie musimy przypominać mojej Babci, że Ania musi jeść i spać i zajmować się innymi sprawami, a nie tylko Ją odwiedzać, przez co Babcia nie czuje się taka pokrzywdzona przez złą matkę umiłowanej Prawnusi, a Ania chętnie do Niej przychodzi, nie czując takiej presji, jak dawniej.

Ostatnia uwaga, natury ogólnej: widzę, że moje dziecię ma niesamowity detektor presji i im bardziej ktoś czegoś od Niej chce, tym bardziej trzyma się na dystans. Dotyczy to zarówno obcych (np. sprzedawczyń w pobliskiej piekarni: Ania darzy życzliwością panią, która odnosi się do Niej z dystansem, a trzyma się na dystans od pani, która ledwie otworzymy drzwi pozdrawia Ją, zagaduje, nazywa „Aneczką-krupeczką” etc), jak i Rodziny, zwłaszcza Prababć (których Ania ma w sumie 3) i dalszych krewnych i znajomych Rodziny. Zastanawiam się, czy to norma i wszystkie dzieci takie są, czy to jakaś jej specyfika?

Reklamy

One response »

  1. Nie wiem czy norma, ale wiem że to nie przechodzi z wiekiem. 😉
    A wakacji Wam pozazdrościłam, chyba zacznę coś organizować dla swoich chłopaków. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s