„On, który własnego Syna nie oszczędził…”

Zwykły wpis

Drżą mi mentalne ręce… Bo strasznie chciałabym napisać Wam o moim odkryciu, a jednocześnie nie wiem, jak. Na tym temacie poprzewracali się najwięksi, z Anzelmem na czele. A mnie ostatnio wydaje się, że coś wiem i chciałabym spróbować to ująć w słowa. Znów „teologia rodzicielska” dała mi jakiś wgląd w wielką teologię… Tak mi się zdaje, ale wiem, jak trudno to ubrać w słowa, skoro to zaledwie intuicja. Nie podpalajcie więc stosów. A niezainteresowanych teologią przepraszam, bo to nawet nie odrobina, ale cała masa teologii. Jeśli jednak zechcecie przeczytać, bardzo to doceniam.Pamiętam zajęcia z charytologii (traktat o łasce – jeśli to coś wyjaśnia nie-teologom) z bardzo specyficznym wykładowcą… Na którychś zajęciach wybuchł gorący spór między nim a wszystkimi chyba studentami (zwłaszcza jedną siostrą zakonną) o to, czy Bóg kocha wszystkich jednakowo czy różnie. Nasz specyficzny wykładowca był absolutnie pewny, że Pan Bóg kocha nas stosownie do ilości dobra i piękna, i prawdy w nas. Zatem im człowiek świętszy, tym bardziej kocha go Bóg – najbardziej kochając rzecz jasna Najświętszą Maryję Pannę. O ile pamiętam, na temat Jezusa w ogóle nie weszliśmy, chyba dla wszystkich było oczywiste, że Bóg Go kocha jakoś szczególnie – do tego wrócę dalej, bo to dotyka sedna moich przemyśleń.

Jak to bywa z dyskusjami z tym wykładowcą, szanse na uzgodnienie stanowiska były od początku zerowe. Nie słuchał nas chyba za dobrze i nie chciał zrozumieć, skoro tydzień później przyszedł „oświecony” i oświadczył coś w rodzaju: „Ja wiem, że to trudno wam (!) przyjąć, że Pan Bóg może kochać kogoś bardziej niż was”. Na nic się nie zdała moja i naszej dzielnej siostry polemika, że wręcz przeciwnie: nie chciałybyśmy, żeby Bóg kochał kogokolwiek mniej…

Tak na marginesie, zastanawiam się, na ile optyka nas wszystkich byłaby inna, gdybyśmy mieli wtedy doświadczenie rodzicielstwa (owa siostra jest dziś mężatką i mamą dwójki dzieciaków, ja jednego, ksiądz trwa dzielnie na posterunku celibatu). Mnie bycie mamą nauczyło, że miłość do dziecka jest w ogóle niestopniowalna. I choć nie mam więcej dzieci niż Ania (właściwie mam, bo moje pierwsze Dziecko umarło jeszcze przed narodzeniem i głęboko czuję się Jego/Jej mamą, no ale jednak jest to inna relacja), rozumiem, że każde kolejne kochałabym ani mniej, ani bardziej.

Jednakże myślę, że fundamentalny konflikt stanowisk między księdzem doktorem O. a nami da się rozwiązać bez doświadczenia posiadania dzieci. Tylko naprawdę serio traktując to, co w Biblii napisano.

Jeden cytat nie daje mi spokoju od lat: On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby wraz z Nim i wszystkiego nam nie darować? (Rz 8,32)

Niepokoił mnie i dziś, gdy dużo nad tym rozmyślam, sądzę, że niepokoił mnie przede wszystkim z jednego powodu. W głębi serca żyłam w przekonaniu, że Bóg kocha Jezusa znacznie, nieskończenie bardziej niż kogokolwiek innego, a zatem, jeśli Jego nie oszczędzi, to nas tym bardziej – tak, wiem, że to jest zupełna odwrotność tego, co w cytacie powyżej, ale w moim braku zaufania zawsze czytałam to jakoś przez ten pryzmat.

No i właśnie. Ostatnio odważyłam się zadać sobie pytanie: czy naprawdę Bóg kocha Jezusa bardziej niż nas? [Tu można by wstawić cały traktat o Trójcy, potem chrystologię, pneumatologię… – i całą masę dziwnie nazwanych dziedzin teologii, aby dowieść, jak wielka jest miłość wewnątrz Trójcy, że Jezus do tej Trójcy należy, etc] Sądzę, że to jedno z mocniej ugruntowanych przekonań chrześcijan. A jednak czuję, że jest ono jakoś nietrafione.

Przecież można ośmielić się podejrzewać, że Ewangelia jest właśnie o tym: Bóg ukochał nas tak, że zdecydował się stać się człowiekiem i to człowiekiem poniżonym, zniszczonym i zamordowanym jako bluźnierca, wyklęty, bo zawisł na drzewie.

Nie umiem przeprowadzić dowodu, ale rośnie we mnie wewnętrzna pewność, że Bóg kocha nas tak samo nieskończenie jak Jezusa. Bo ta miłość niewiele ma wspólnego ze stopniami doskonałości, którą już osiągnęliśmy. Jakże by inaczej pozwolił, by ludzie Go zamordowali? Jeśli nie uwierzymy, że powodem była tylko miłość – skonfrontowana z całym złem tego świata, czyli miłosierdzie – musimy uciekać się do pokrętnych teorii takich jak ta Anzelma (o nieskończonej obrazie i konieczności nieskończonej odpłaty etc)

I kiedy Bóg mówi przy Chrzcie Jezusa albo w scenie Przemienienia na Górze o „Synu umiłowanym” to mówi także o mnie. I kiedy Jezus mówi: „do Ojca mojego i Ojca waszego” to nie po to, by – jak uczono mnie na studiach – pokazać na różnicę między sobą a nami, ale na wspólnotę… Taka jest moja bardzo mocna intuicja i może kiedyś uda mi się ją bardziej racjonalnie zweryfikować.

Mam wrażenie, że w naszej teologii dużo mowy o czymś takim jakby przybrane synostwo, co nieco podobnym do Jezusowego, ale zupełnie innym. A jednak wydaje mi się to strachliwym unikiem przed radykalizmem Bożego wyboru nas na synów i córki.

Zobaczmy fragment Galatów w przekładzie Biblii Tysiąclecia: Gdy jednak nadeszła pełnia czasu zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo. Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: Abba, Ojcze! A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej (Ga 4, 4-6)

Zobaczmy sam werset 5: „abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo„. Wydaje mi się, że strasznie osłabia on grecki oryginał, który dosłownie (opieram się na przekładzie słowo za słowo tzw „wydaniu interlinearnym”, bo moja greka zaginęła w otchłaniach niepamięci): „aby usynowienie odebraliśmy”. Nie ma tu nic o tym, że możemy – ale że dostaliśmy. „Przybrane” też brzmi mi jakoś słabo, choć pewnie dałoby się wybronić, że to to samo.

W każdym razie wydaje mi się, że chcąc chronić prawdę o bóstwie Jezusa, wylewa się często dziecko z kąpielą, czyniąc to za cenę relacji, jaką dzięki Jezusowi i w Jezusie nawiązał z nami Bóg.

[Zupełnie pomijam tu sprawy języka inkluzywnego i tego, czy należałoby pisać o córczeństwie Bożym itp, bo nie chcę jeszcze więcej namieszać]

Nie jestem wielką teolożką. Mam świadomość, że moje przemyślenia to bardziej intuicje niż mocne dowody. I będę wdzięczna, jeśli ktoś wyprowadzi mnie na prostą, w przypadku, gdybym była zupełnie na manowcach. Ale jednak na dziś dzień tak wygląda moja córczana duchowość.

Reklamy

4 responses »

  1. No cóż, śledzę Cię śledzę postmodernistko to teraz Ci coś napisze 😉

    Interesująca refleksja – to tak na początek, cieszy mnie, że codzienność prowadzi CI ku refleksji teologicznej.

    Oczywiście, w Twoich rozważaniach o naszej godności dziecięctwa Bożego mi brakuje jednego wyjaśnienia.
    O czym mówisz? O stanie obecnym, czy że tak ładnie powiem o stanie wiecznej szczęśliwości po sądzie ostatecznym ;)?
    A to oczywiście zasadnicza różnica.

    Ale nawet jeśli po stanie kiedy zakończy się historia a wszechświat zostanie odnowiony. To i nasze przebóstwienie IMHO będzie jedynie odblaskiem boskości Trójcy, w którą będziemy zatopieni na wieczność w zachwycie.Stworzenie nie rozpłynie się w stworzycielu.

    I brnąc nadal w teologiczne rozkminki 😉 Tak Syn jest wiecznie rodzony i jest odnalezieniem się miłości Ojca – oczywiście oboje wiemy, że ta miłość jest też konkretna i jest nią Duch Święty.
    To i my w odpowiedniej ku nam relacji będziemy nie tym samym kim jest Syn wobec Ojca – ponieważ tylko w Nim odnajduje siebie rodząc Go. Ojciec rodzi 😉 To mi się bardzo podoba 😉

    Notabene ja uważam, że sztuczna inkluzywność języka jest drogą do nikąd w teologii 😉

    Nawet zdarzyło mi się napisać jakąś tam wypocinkę z teologii feministycznej lata temu w ramach studium dogmatyki 😉

    No i suma sumarum, jak każda analogia rzeczywistości realnej do duchowej może być pomocna, tak samo może być „lata świetlne” od tejże 😉
    Ale dobrze, że refleksja się rodzi – a tak przy okazji polecam Ci homilię na Wielką i Świętą Sobotę z brewiarza, odnajdziesz wiele swoich intuicji 😉

    • Tak na szybko, Bartku, bo ciągle jeszcze jestem w nastroju urlopowym, choć dziś już do pracy…
      Dzięki za komentarz. Muszę przemyśleć tę eschatologiczną część – faktycznie jej nie doceniam. Ale chyba Ty z kolei przeceniasz mój pogląd co do przebóstwienia. Ja nie o nim pisałam, a „tylko” o miłości Boga do nas. Jeszcze się nie objawiło, czym będziemy, ale jesteśmy już teraz ukochani tak, że własnego Syna nie oszczędził, prawda?

  2. „abyśmy usynowienia dostąpili” tak czytam w przekładzie z mojej półki (Biblia Warszawska), nie ma że możemy, ani że to usynowienie przybrane, ani, że musimy z tym czekać na sąd ostateczny i czas wiecznej szczęśliwości. Jezus wykupił nas swoją śmiercią… i wtedy staliśmy się dziećmi bożymi i Duch Święty zamieszkał w nas. Tak? Tak. I dla mnie to ważne, że to teraz właśnie i bezwarunkowo, że za nic, że mimo wszystko… ale chyba właśnie tak jak piszesz, to rodzicielstwo pozwala tak na to spojrzeć. Tak uwierzyć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s