Dobry rodzic – nierychliwy rodzic?

Zwykły wpis

Pamiętam, jak moja Mama jeszcze przed narodzeniem mojej Córki niepokoiła się, jak ja sobie poradzę, kiedy jestem taka „mało dynamiczna”. Kocham moją Mamę i widzę masę Jej dobrych cech, ale muszę Jej odmówić umiejętności dostrzegania moich atutów. A przynajmniej mówienia mi o nich.

Trochę przejmowałam się Jej uwagami, ale dziś mogę powiedzieć, jak wiele dobrych stron odnajduję w swojej rzekomej nierychliwości.Uświadomiłam to sobie dziś na dniu otwartym przedszkola, do którego planujemy zapisać Anię (jeśli się dostanie). Na marginesie: marzyliśmy o Montessori, ale realia życiowe: finansowe i logistyczne zweryfikowały te plany. Na szczęście publiczne przedszkole zaraz obok naszego domu wydaje się najlepsze, jakie może być… Dużo dobrego słyszałam o nim od sąsiadów, których dzieci tam chodzą, i od mam z placu zabaw. No i faktycznie okazało się, że jest fajne – przynajmniej, jeśli chodzi o kadrę. Panie są przesympatyczne, szczerze uśmiechnięte (mam radar na nieszczerą sympatyczność, poznałabym), zainteresowane, troskliwe, chętne do dostosowywania się do oczekiwań rodziców i potrzeb dzieci.

Zwróciłam uwagę tylko na jedną „negatywną” ich cechę. A nawet niekoniecznie negatywną, ale jakoś zupełnie odbiegającą od mojego sposobu funkcjonowania w relacjach z Anią. Jakoś tak to się składa, że rzadko (przynajmniej we własnym mniemaniu) wyręczam ją w poznawaniu świata. Kiedy oglądamy coś nowego, nie spieszę się z informacją, co to jest, jak się nazywa, jak to obsłużyć. Panie w przedszkolu starały się, jak mogły, by (tak mi się wydaje) oszczędzić dzieciom ewentualnych poznawczych porażek i jak najszybciej wyjaśniały im, jak obsłużyć daną zabawkę, co to za kształt foremki, jakiego koloru powinno być niebo z ciastoliny. Może ja mam zboczenie Montessori, a może właśnie za mało dynamiczna jestem, bo nim ja się wyrwę z takimi gotowymi rozwiązaniami, to Ania zwykle zdąży sama takowe kwestie rozwikłać. Niekoniecznie po mojemu zresztą, ale nieszczególnie mi to przeszkadza.

Widzę też, że moja rzeczona (rzekoma?) niedynamiczność dobrze działa w innych sprawach: pozwalania dziecku, by samo dorastało do pewnych rzeczy tudzież wyrastało z innych. OK, tu nieraz brakuje mi cierpliwości i pewności, że na pewno sama da radę, ale jednak staram się nie wykonywać nerwowych ruchów czy posunięć. Owszem, czasem zwątpię i próbuję coś przeforsować na siłę, ale szybko żałuję.

A na moją dwuipółlatkę naprawdę idealnie działa wrzucenie na luz. Nie chce się ubierać? Najskuteczniejszą metodą jest powiedzieć: „Dobra, to ja idę wypić kawkę, a Ty mi powiedz, jak będziesz gotowa”. Nie zdążę wyjść z pokoju, kiedy już dziecię podaje mi ubranka, wołając, że gotowe. Nie chce iść spać? Jeśli negocjuję czy tłumaczę, zwykle obie irytujemy się coraz mocniej i robi się coraz gorzej. A jak mówię: „Nie chcesz? No to się bawimy w to i to, a potem idziemy spać”, to (pod warunkiem, że uczciwie i z zaangażowaniem się pobawimy), Ania sama w pewnym momencie zarządza spanie. To moje odkrycie z ostatnich paru dni, jeszcze świeże i niepoparte licznymi badaniami, ale jednak dostrzegalne.

I nie chodzi mi o totalną zlewkę i niestawianie wymagań. Bo ja nieraz czegoś oczekuję i o tym mówię, ale nie traktuję tego (zwykle) jako konieczności. Mówię: „Nie, nie chcę już karmić, śpij” i coraz częściej działa. Ale jak nie działa, to (zwykle) staram się powstrzymać niecierpliwość i nakarmić raz jeszcze. Jednak coraz częściej zdarza się, że uda mi się zostawić nie do końca uśpioną Anię w Jej pokoju i po chwili śpi. Wierzę, że ufa, że wrócę, jeśli zawoła, bo nigdy Jej nie zawiodłam. Więc coraz częściej nie musi wołać, może po prostu spać. A że czasem, kiedy zawoła, nie biegnę bardzo szybko, tylko skradam się pomalutku, to i uśnie, zanim dojdę.

Także, gdy Ania się zdenerwuje, przewróci, przestraszy, nie biegnę panicznie, by pocieszyć czy zapewniać, że już dobrze. Czuwam i staram się odpowiedzieć na Jej potrzeby, ale nie wyprzedzać Jej oczekiwań. I nieraz (ku zaskoczeniu postronnych) okazuje się, że po paru sekundach złego nastroju, sama doprowadza się do porządku i bawi dalej jakby nigdy nic albo śmieje z upadku.

I takie chwile dają mi odrobinę pokoju w mojej nierychliwości. W którą za bardzo nie wierzę mojej Mamie, tak nawiasem mówiąc.

Reklamy

6 responses »

  1. Hej! 🙂 Znalazłem Ciebie dzisiaj w sieciowych przestrzeniach i serdecznie się uśmiecham na powitanie … pozornie wiele nas różni – młoda mama i „stary” ojciec, ale to tylko pozór – widzę że chyba pochodzisz od tej samej małpy co ja – masz bardzo podobne intuicje pedagogiczne i duchowe, i ludzie ci sami się nam podobają , i tematy bliskie – cieszę się więc z odkrycia Twojego bloga i będę tu zaglądał – i życzę wytrwałości!

  2. Mam dokładnie tak samo. Moja A. jest mniejsza, ale też działa przeczekiwanie. Zimą miała okres, że zupełnie nie chciała się ubierać i wychodzić na dwór. Przez jakiś czas nie wychodziłyśmy. Nauczyłam się, że ubranie jej na siłę, zmuszenie do spaceru mści się tylko na mnie, bo po chwili i tak wracamy, ja spocona, ona wrzeszcząca itp. Podobnie z kładzeniem się spać, z codziennymi sprawami i małymi uporami;) Myślę, że dziecko radzi sobie samo, a jak nie radzi to dopiero wtedy woła rodzica: zgodnie z zasadą kontinuum. To u nas działa bardzo mocno i sprawia, że mam naprawdę samodzielne i fajne dziecko:) Pozdrawiam!

  3. Zasada w sensie: że dziecko wie więcej niż nam się wydaje, ma swoje powody i naprawdę nie trzeba go wszędzie i bez przerwy prowadzać za rękę i wyręczać: w życiu, myśleniu, byciu, radzeniu sobie z rówieśnikami itp.:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s