„Zbudź więc jednego człowieka…”

Zwykły wpis

Moja wiara od dawna nie jest oczywistością.

Całą dorosłość odbieram jako zmaganie o nią. Czasem jest oczywistsza, czasem zupełnie „wbrew nadziei”.

W klasie maturalnej odkryłam wiersz Czesława Miłosza „Veni Creator”, który od tej pory towarzyszy moim zmaganiom (nie on jeden, bo czasem mam wrażenie, że Miłosz to trochę moje duchowe alter ego). Kiedyś już mały urywek cytowałam, ale dziś trochę dłuższy:

Jestem człowiek tylko, więc potrzebuję widzialnych znaków,
nużę się prędko budowaniem schodów abstrakcji.
Prosiłem nieraz, wiesz sam, żeby figura w kościele
podniosła dla mnie rękę, raz jeden, jedyny.
Ale rozumiem, że znaki mogą być tylko ludzkie.
Zbudź więc jednego człowieka, gdziekolwiek na ziemi
(nie mnie, bo jednak znam co przyzwoitość),
i pozwól, abym patrząc na niego, podziwiać mógł Ciebie.

Moja modlitwa została wysłuchana. Jest kilku takich ludzi.

Między nimi jest Człowiek, o którym przypominam sobie niemal zawsze, gdy wydaje mi się, że nie warto żyć, że wszystko jest bez sensu, że ludzkie życie tak niewiele znaczy. Musicie wiedzieć, że zupełnie  nie jestem wzrokowcem i nie mam wyobraźni plastycznej, zapamiętanie czyjejś twarzy jest dla mnie wielkim trudem, wolę książki niż filmy… Ale widzę Go. Widzę dwudziestoletniego Władka w roku 1940. Wychudzony, wychorowany. Widzę jego niepokój, może drżące kolana, które klękają przed kratkami konfesjonału. I słyszę, jak mocno bije mu serce, gdy spowiednik mówi mu: „Ty się nie martw swoimi problemami. Wierzysz w Boga. To On chciał, żebyś wyszedł z Auschwitz. Jak myślisz po co? Masz do spełnienia zadanie. Musisz dawać świadectwo prawdzie i pomagać innym. Nie przechodź obojętnie wobec tych, którzy są zagrożeni i cierpiący”. Widzę, jak jeszcze szuka ucieczki przed tym Słowem i pyta: „A gdzie ja ich znajdę?”… I razem z nim słyszę ten głos, który jednocześnie pociesza i niepokoi: „Sami do ciebie przyjdą, tylko nie schodź im z drogi”. A potem mówi mu o getcie.

Potem, choć dobrze znam jego biografię, już go nie widzę. Zawsze widzę tylko tamtą scenę. I zawsze myślę o tych dwóch świętych ludziach, którzy spotkali się w warszawskim kościele. I o tym, że prorok ks. Zieja (ten sam, który mówił: „Nie zabijaj. Nigdy. Nikogo”) miał rację. Ludzi przychodzili. Znajdowali się. Zawsze był ktoś i zawsze było coś do zrobienia.

Ja także do nich należę.

Dla mnie Władysław Bartoszewski jest dowodem nie tylko na to, że jak twierdzi „warto być przyzwoitym”, ale że w ogóle się da, i że w ogóle „warto żyć”.

Wczoraj skończył 90 lat.

Reklamy

4 responses »

  1. Bartoszewski powinien przeczytać ten post 🙂 nie znam jego biografii tak dobrze, zaskoczył mnie koniec Twojego wpisu, aż się uśmiechnęłam.. myślałam, że bardziej o Tobie będzie, a Ty zgrabnie od tego uciekłaś..:)

  2. Jeśli chodzi o znaki… doswiadczyłam ostatnio pięknego znaku, znaku wprost od Boga. Po tym wszystkim nie chodziłam, a płynęłam po ziemi. To jakby umrzeć, zobaczyć i powrócić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s