„Rodzicielstwo bez przemocy” Claude Didierjean-Jouveau

Zwykły wpis

Mnie ten tytuł nieco zniechęca, a Was? Gdybym dostała taką książkę, zastanawiałabym się, czemu ktoś zakłada, że miałabym uprawiać „rodzicielstwo z przemocą”. Gdybym to ja była autorką, poszukałabym bardziej pozytywnego tytułu, mówiącego nie „bez” czego, ale jakie, z czym… „Rodzicielstwo z szacunkiem”, „Delikatne rodzicielstwo”, „Przyjazne rodzicielstwo”, a może właśnie tu pasowałoby najlepiej „Rodzicielstwo bliskości”? Może ktoś miałby lepszy pomysł, w każdym razie mnie tytuł nie odpowiada.

Mimo tych zastrzeżeń, ze wszystkich książek z serii Rodzicielstwo Bliskości wydawnictwa Mamania (ok, nie miałam w ręku tej o porodzie, więc nie wiem) ta wydaje mi się najbardziej godna polecenia – zwłaszcza jako prezent dla oczekujących narodzin dziecka.

Przede wszystkim dlatego, że daje nową perspektywę na relacje: rodzice-dzieci. Nową dla kogoś, kto (jak ja przed urodzeniem Ani) o dzieciach wie mało, nie ma doświadczenia, chce dobrze, ale gubi się w masie wyrywkowych informacji, które napotyka tu i ówdzie. Pamiętam, że najbardziej przerażały mnie trzy perspektywy: wsadzanie dziecka do łóżeczka, odstawianie od piersi i nauka nocnika. Ale nie przyszło mi do głowy, że to nie są najświętsze i nieomijalne stopnie rodzicielstwa! Miałam nadzieję znaleźć magiczne sposoby, by uczynić to wszystko jak najmniej uciążliwym… Trafiłam na Rodzicielstwo Bliskości. Wiem, że dla niektórych to jednak także seria „rzeczy do zrobienia”, a nie filozofia.

Tymczasem podręczna książeczka Didierjean-Jouveau nie ogranicza się do udzielenia porad dotyczących kwestii takich jak: noszenie, sen dziecka, niestosowanie klapsów, czytanie dzieciom i wiele innych. Czyni znacznie więcej – ukazuje wszystkie te czynności jako element relacji i to fajnej, ciepłej relacji dziecka i rodzica.

Ponieważ czytałam już inne książki tej autorki, denerwują mnie nieco powtórzenia. Mimo to znalazłam co nieco nowego: pocieszające uwagi o tym, jak dziecko się rozwija i że przecież to nie my uczymy je chodzić, jeść itp., tylko samo się uczy, rosnąc. Że można to samo przenieść na „trening czystości”, a dokładniej go zaniechać i pozwolić dziecku dorosnąć do porzucenia pieluch (trochę nie dowierzam, ale ja taka jestem, że trudno mnie przekonać, dlatego też mam wiele empatii do tych, co boją się wprowadzać „nowe trendy” i obstają przy tym, co znają). Żeby pamiętać, że nie jesteśmy dysponentami ciała dziecka. Że nie musimy niczego przyspieszać, poganiać, za to zostawić swobodę (jakże to pomocne dla nerwowych rodziców, do których należałam i ja, którzy niepokoją się tabelkami rozwoju).

Zaciekawiły mnie też uwagi o braku „obiektu przejściowego” u wielu dzieci wychowywanych w nurcie Rodzicielstwa Bliskości – też tego doświadczyliśmy. Teraz jest kotek do spania, ale jakoś nie widzę, by był aż tak ważny, jak choćby dla mnie był „Żółty”, gdy byłam dzieckiem. Fajnie widzieć, że inni obserwują coś podobnego jak ja, i – być może, nie mam naukowych dowodów – większa dostępność opiekuna oznacza brak konieczności ssania kciuka albo kurczowego przywiązania do konkretnej maskotki? Ciekawe. Co do kciuka, straszono mnie nim, jeśli Ania nie będzie używać smoczka. Smoczka nie miała w buzi nigdy, kciuka także nie…

Fajna ta książka. Prosto i bez nadęcia mówi o wielu ważnych rzeczach, które pozwolą rodzicom i dzieciom spotkać się w szacunku. Mam nadzieję, że dla czytelników jest jasne, że nie chodzi o konkretne recepty, ale o cały styl – jeśli biorę pod uwagę, że maluch jest naprawdę odrębną osobą z własnymi prawami i tempem rozwoju, wypracuję własne recepty. Ważne, żeby w o

Reklamy

2 responses »

  1. co do obiektu przejściowego, czyli ukochanej maskotki, zauwazyłam podobnie u mojego synka.. właściwie nie ma takiej rzeczy.. właściwie – bo kiedy nagle wylądowałam w szpitalu na tydzień mały nagle zaczął prosic o misia do spania, a nawet o dwa małego i dużego 🙂 – ale tylko na ten moment spania, wcześniej przed moim szpitalem nie miał takiej potrzeby – ja go usypiałam i usypiam nadal.. spanie z misiem zostało już po szpitalu, choć nie upomina się o niego jakoś bardzo, czasem jest a czasem może nie być, śmieszny jest bo w nocy kiedy przechodzi do naszego łóżka wlecze czasem za łapki te dwa misie ze sobą, więc budzimy się w piatkę 🙂 ale po przebudzeniu misie w ogóle przestają być dla niego ważne.. tak własnie o tym myślałam, że przez nasycenie kontaktem ze mną nie potrzebuje mnie zastępować misiem, kiedy zniknęłam szybko miś się pojawił, ale nie jest az tak ważny, bo jednak wróciłam i dalej jest jak było, a w czasie gdy ja zniknęłam przez cały czas był z nim tata..

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s