No to co stoi za moją wściekłością?

Zwykły wpis

Pisałam dziś rano o słuchaniu. Także o słuchaniu siebie i swoich trudnych emocji. No i mam za swoje – muszę się teraz wsłuchać.

To się stało niespodzianie. Dzień był miły. A wieczorem pewna sytuacja z Anią (nie chcę wdawać się w szczegóły) mnie przerosła. Obiektywnie patrząc, bywało do tej pory wiele, wiele innych, które mogłyby mnie bardziej zdenerwować. Parę razy traciłam zimną krew. Ale nigdy tak jak dziś. Dziś poczułam się tak wściekła, zraniona, oszukana… przez coś, co tak naprawdę chyba nawet nie za bardzo od Ani zależało. Domyślam się, że miałam za duże oczekiwania na Jej możliwości rozwojowe i niemożność uznałam za świadomy i dobrowolny wybryk. W dodatku wzięłam go do siebie jak nigdy wcześniej. Dlaczego?Nie, nie zamierzam się tu publicznie kłaść na kozetce ani robić z bloga kratek konfesjonału. Wiem, że muszę to załatwić w ciszy…

Ale pomyślałam, że podzielę się tą bezradnością wobec własnej negatywnej reakcji. I tym, co jakoś podejrzewam, że stoi za nią. Że obok masy drobnych i większych spraw, które mnie ostatnio przytłaczają i wystawiają cierpliwość na próbę, w większości niezwiązanych z Anią, jest we mnie jakieś chore przekonanie, że coś mi się należy za trud, który wkładam w bycie z Nią. Za straszną ciążę, trudne wspólne początki, nieprzespane noce, rezygnację z tylu własnych spraw, chaos…

To, kiedy i o co się wściekłam, wydaje mi się w tej sytuacji dość przypadkowe. To mogło się zdarzyć trochę wcześniej albo później, o taką samą albo i inną sprawę. Drobną.

To jakiś alarm, który mówi: pomódl się za siebie i za Nią, i za te wszystkie Osoby i sprawy, z którymi sobie nie radzisz. Przemyśl, co tak naprawdę się dzieje w tobie. A potem przebacz, sobie też, choć nie za bardzo umiesz.

Pocieszające jest to, że te wszystkie teorie, którymi się karmię, zadziałały. I udało mi się nie dać klapsa, nie obrazić dziecka, nie przezwać. Choć przyznaję, że pokrzyczałam, że jestem wściekła, potrułam (chyba oczekując zrozumienia ponad możliwości wieku)… I przeprosić jakoś zdołałam.

Ale, cholera, ciężko mi. Ten drobiazg, który aż tak mnie wyprowadził z równowagi, uświadomił mi, że naprawdę coś tam nie gra u fundamentów. Więc pomodlę się. I spytam się: co cię aż tak boli i czego oczekujesz…?

Advertisements

6 responses »

  1. A mnie sie wydaje, że wszystko gra i że to jest bardzo ludzkie. I, że trudno temu wszystkiemu sprostać jak się jest postawionemu w takiej sytuacji – gdy jesteśmy non stop pod „obstrzałem” dziecięcych potrzeb i wymagań. Więc …trzeba się pochylić nad własnymi potrzebami i poszukać dookoła kogoś, kto nam pomoże je zaspokoić.
    Pozdrowienia.

    • Dziękuję. Gra albo i nie gra, ale zgadzam się, że jakoś jeszcze mieści się w normie. Tylko zadziwiło mnie, czemu akurat to i w tej sytuacji aż tak mnie wkurzyło. I chyba trochę już wiem po spokojnym przemyśleniu. Pozdrawiam wzajemnie:-)

  2. hej, jesteś pacjentką miłości a nie w pełni wyleczoną 😉 od pacjentów oczekuje się, że będą w kierunku „zdrowia” zmierzać, że będą brać odpowiedzialność za swoje zdrowienie, i pomału swoją „chorobę” wygaszać, ale nikt nie oczekuje, że ozdrowieją z dnia na dzień.. trzymam kciuki, za wsłuchiwanie się w siebie i w „swoje dziecko” (w obydwu tych słów znaczeniach):)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s