Dopiero wtedy możesz usłyszeć…

Zwykły wpis

Czasem zbyt szybko wiemy, o co chodzi. Nieraz za wcześnie wiemy, co ktoś nam naprawdę chce powiedzieć. Albo co myśli.

Przykład: Wiem, że dwuipółlatki uwielbiają rytuały, a Ania należy do klasyków. Lubi też zmieniać zdanie i uczy się, kiedy uda Jej się w ten sposób zmienić świat, a kiedy nie. Jednym z klasycznych zachowań tego typu jest rytuał wokół kładzenia się spać. Składa się z wielu elementów, a jednym ze stałych punktów programu jest wybieranie liczby kocyków, którymi należy Anię przykryć (od 1 do 3, „i jeszcze ten memeski” = niebieski). Ostatnio niemal stale jest to jeden i dobrze, bo im więcej kocyków, tym mniejsza szansa, że w nocy zastaniemy Anię przykrytą którymkolwiek. No, ale do rzeczy.

Dziś w nocy, kiedy Ania się obudziła, zaczęła domagać się więcej kocyków. Ponieważ byłam co tu dużo mówić senna, a już nieraz w nocy nie tak jak należy podałam kotka albo za szybko przykrywałam kolejnymi warstwami (tak, to też jest otoczone rytuałem), chciałam jak najszybciej uciąć dyskusje, więc uznałam, że to zignoruję i „przekonam” do spania tak, jak jest. Dopiero po chwili dotknęłam Jej buzi (do karku, gdzie powinno się ponoć sprawdzać temperaturę, nie miałam dostępu) i była taaaka zimna. Tak, Ona po prostu zmarzła. Wtopiłam przez swoją pseudowiedzę o rozwoju dziecka.

Dało mi to do myślenia. Przypomniałam sobie, jak Ania nieraz zupełnie jasno i wprost mówi, czego potrzebuje: „Ania chce być w łazience sama z Mamusią, [np.] Babcia ma sobie iść” i to jak to po pierwsze trudne do zniesienie dla na przykład Babci (a przecież sama nie lubi na pewno towarzystwa przy siedzeniu na kibelku), po drugie jak łatwo dorosły to ignoruje. Ponieważ (ku swojemu żalowi) to nie ja jestem wyrzucana, trudno mi dokładnie to zrozumieć. Ale wiem, że (poza sytuacjami gdy senna i/lub głodna) Ania potrafi spokojnie, jasno i nieraz z dodaniem argumentu powiedzieć, czego nie chce albo co chce. Ale, kiedy to zignorować, zaczyna krzyczeć. No i wtedy niektórzy dopiero zaczynają słyszeć i dziwią się, że taka niegrzeczna. A wcześniej… chyba naprawdę nie słyszeli.

A co z nami, dorosłymi? Niby się nawzajem nie ignorujemy, bo nie wypada. Ale przecież tak często z góry wiemy, co kto do nas ma albo czego chce, że nie mamy żadnej szansy usłyszeć, co naprawdę ma nam do powiedzenia. Nieraz zdarzało mi się słyszeć naganę w pochwale. Nieraz zdarzało mi się mówić coś pozytywnego, co odbierano jako atak. Ba, czułam, że ktoś odpiera mój atak, zanim jeszcze otworzyłam usta, by powiedzieć cokolwiek. Jasne, czasem sama forma przekazu jest winna. Ale częściej to chyba nasze uszy.

O języku Żyrafy i języku Szakala (a także uszach tych dwojga zwierzaków) chciałabym napisać kiedy indziej. Kto nie słyszał nigdy tych pojęć, a ciekawy, niech poczyta o Porozumieniu Bez Przemocy – tudzież NVC (którego chciałabym się nauczyć), a najlepiej zajrzy na cudowny blog W świecie żyrafy i tam poszuka. Ale nawet bez odnoszenia się do tej „techniki” nie tak trudno zdać sobie sprawę, że z góry wiedząc, co ktoś inny chce nam powiedzieć, nie dajemy sobie szansy go usłyszeć. Że oceniając, zamykamy uszy. Że bojąc się usłyszeć coś złego, zamykamy uszy. Że spodziewając się ataku, zamykamy uszy i zaciskamy pięści, tak że nawet daru nie przyjmiemy.

Nie pamiętam, czy linkowałam już jeden z moich ulubionych wpisów z Manufaktury Radości, więc na wszelki wypadek to zrobię. Mowa tam o tym, jak nasze przekonania wpływają na postrzeganie świata:

Dorosłość może być pasmem nieszczęść, może też być czasem wolności i rozwoju; praca: syzyfowym trudem, albo źródłem olbrzymiej satysfakcji; rodzicielstwo; dopustem bożym i najfajniejszą przygodą w życiu.   Wzorzec, który mamy możemy wymienić: nastawienie odwrócić jak kota ogonem; to w co wierzymy i to jak chcemy widzieć świat jest i do końca będzie naszym wyborem.

To samo dotyczy i dzieci, które możemy uznać za manipulantów i wymuszaczy i z czystym sumieniem olewać ich wołanie, potrzeby, to, co mówią. Dotyczy to także nas samych i naszych uczuć.

Kiedy oceniamy swoje uczucia jako złe i kiedy się ich boimy, tracimy szansę usłyszeć, co mają nam do powiedzenia. To tak jakbyśmy odrzucili odczucie smrodu od mięsa w lodówce, ugotowali je, potem uznali, że smak nas myli, a wreszcie zatruli się i dziwowali, jak to się mogło stać. Przecież podobnie czynimy na co dzień ze smutkiem, niepokojem, złością, które odczuwamy. Spychamy na boczny tor i próbujemy działać wbrew nim. A może najpierw warto wysłuchać i wtedy zrozumiemy, czy ostrzegają nas słusznie czy nie, i co nam chcą powiedzieć o nas samych?

Nie chodzi mi o to, by bezrefleksyjnie kierować się emocjami – pozytywnymi czy nie. Ale o to, by ich nie ignorować.

Dopiero wtedy możesz usłyszeć, gdy zawiesisz osąd.

Advertisements

2 responses »

  1. Bardzo mnie boli i irytuje, kiedy dzieci sa nazywane „malymi manipulatorami”, tak jakby mialy swiadomosc i rozumienie regul i mechanizmow, ktorymi , niestety bardzo czesto, poslugujemy sie my dorosli. Przekonanie, ze ich przebywanie na tym swiecie to ciagla negocjacja z doroslymi, ciagla walka „o swoje” i ze trzeba za wczasu „nauczyc” (tudziez wytresowac), ze manifestowanie pewnych uczuc jest niedozwolone, to blad, ktory niesie za soba smutne konsekwencje.
    Dlaczego nie umiemy zaakceptowac faktu, ze im bardziej, nasze dzieci, nas potrzebuja, im bardziej sa od nas zalezne (zwlaszcza na poczatku) tym wiekszy powinnismy miec do nich szacunek? Przeciez nasze relacje z dziecmi, sposob w jaki je traktujemy mowia prawde o nas nas samych i wszystkich innych relacjach jakie budujemy z innymi.
    To co piszesz o nazywaniu, rozumieniu i akceptowaniu wlasnych uczuc jest kluczem do zrozumienia naszego funkcjonowania w swiecie, tego czy bedziemy zdrowi, szczesliwi i rowniez, tego czy jako rodzice bedziemy potrafili zrobic wszystko zeby nasze dzieci byly szczesliwymi ludzmi.
    Bardzo podoba mi sie ftagment w ktorym okreslasz, nazwijmy to „niechciane emocje” jako znaki, to bardzo trafne. Teraz przyszla mi do glowy jedna rzecz…nasze tzw.zyciowe niepowodzenia i kryzysy, podobnie jak „niechciane emocje”, jezeli zechcemy sie z nimi skonfrontowac, mimo ze moze to byc bardzo nieprzyjemne, to moga sie okazac wielka szansa.
    I jeszcze jedna rzecz, osobiste i trudne dla mnie doswiadczenie placzu i zlosci dziecka. Moj synek ma dwa lata i czasami zdarza mu sie atak placzu i histerii. Oczywiscie, jak wielu z nas, zostalam nauczona, ze „sie nie placze”, ” ze nic sie nie stalo” i ze jezeli juz ktos placze, to trzeba (w dobrej intencji) zrobic wszystko, zeby przestal. No i wiadomo, zlosc nie przystoi dobrze wychowanemu czlowiekowi, Do tej pory lapie sie na tym, ze zdarza mi sie udawac, ze wcale nie jestem zla i poirytowana, no ale pracuje nad tym. Nie umialam, dzieki Bogu (!) zastosowac tej praktyki wobec mojego syna, chyba poprostu w glebi duszy czulam ze to niewlasciwe, nie w porzadku wobec niego, Oczywiscie to trudne byc obok placzacego dziecka, trudne w kontekscie tego czego mnie nauczono (mimo calej swiadomosci jaka juz mam), bo dochodzi poczucie winy, ze moze cos robie nie tak. Mysle, ze to dobrze, ze moj syn moze wyrazic swoja frustracje i zlosc w taki sposob w jaki aktualnie potrafi, wole zeby to robil niz zeby chowal to co niewygodne „w srodku”.
    Przy calej trzezwosci z jaka pisze o placzu i zlosci, chce podkreslic, ze jest to jedno z trudniejszych doswiadczen rodzicielskich.
    Dziekuje za kolejny madry wpis!

    • Jak zwykle dużo cennych dopowiedzeń, dziękuję! Zwłaszcza za to o kryzysach jako szansie. Podzielam to przekonanie.
      Co do trudności w znoszeniu płaczu i złości dziecka, podpisuję się obiema górnymi kończynami, a mogę i dolnymi:-)
      Dziękuję za Twój komentarz i czekam na kolejne w miarę możliwości:-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s