Scenki niedzielne

Zwykły wpis

Żeby nie było ciągle z patosem i teoretycznie, postanowiłam podzielić się z Wami kilkoma epizodami z naszego wczoraj z Anią. Jako że Mąż pracował od 7 do 19, większość dnia spędziłyśmy we dwie. Plus inne osoby dramatu. No, sami poczytajcie.Rano ok. -20 na termometrze, więc porzucam myśl o pojechaniu na 9 do dominikanów. Ufam, że słońce trochę ogrzeje świat nim udamy się na 10:30. Czemu rano? Bo Ania wstaje wcześnie, w czasie mszy o 10:30 robi się już senna i marudna. O 9 jest jeszcze rześka, msza trwa zwykle 40 minut i nie ma na niej tłoku. No dobra, to próbuję zorganizować wszystko tak, by jechać na 10:30.

Mycie zębów? „Dobly pomysł!” – jest nadzieja? Nie… Pomysł świetny, ale najpierw „smoki” (bo takie mamy szczoteczki, tak, muszą być co najmniej 2) „sobie polozmawiają”. No dobla… Niech rozmawiają… Ale rozmowa przeciąga się, a próba zrobienia czegokolwiek w jej trakcie grozi dziką awanturą: „Mają gadać sobie!”… Pogadały i w końcu, nim brakło mi cierpliwości, Ania sama stwierdziła, że już trzeba umyć zęby i to uczyniła, a nawet pozwoliła mi poprawić.

Ubieranie? O nie, to nigdy nie jest dobly pomysł… Widzę, że bez użycia przemocy tej rozgrywki nie wygram, więc odpuszczam… jest jeszcze msza o 12… Poza tym: „Ania w domku chce być, Ania kościółka nie lubi, Ania nie chce…” – od paru miesięcy wychodzenie na spacer to czynność znienawidzona. Wychodzenie, bo potem jest już super i znów problem, żeby wrócić. Kusi mnie w ogóle nie wychodzić;)

Kiedyś bym walczyła, teraz wiem, że szkoda sił i nerwów. Może za godzinę pójdzie lepiej.

Umawiam się z Anią, że teraz się pobawimy, potem ubierzemy, a potem jeden odcinek Teletubisiów i zbieramy się do kościoła. Przyjmuje z godnością. Więc bawimy się (jak ostatnio setki razy dziennie we wzajemne ratowanie się stworków, które weszły na drzewo). Potem ubieramy – nawet jakoś idzie, ale tylko w ten sposób, że jestem „huśtawką na pieniążki” (chyba taką jak w sklepach), Ania wrzuca we mnie pieniążka i Ją huśtam, aż się pieniążki skończą albo maszyna zepsuje. Wtedy w celu naprawy należy ubrać jedną część garderoby, naprawić mamę-huśtawkę i tak w kółko.

Zadziwiające, Ania sama proponuje czasem więcej niż jedną część ubrania naraz, uznaję, że jest nadzieja na dotarcie do kościoła na 12.

Potem obiecane „tubiśki”. Ania życzy sobie jogurt. Myślę o zębach, które dopiero co umyła, ale stwierdzam, że jakoś dam radę nie wyobrażać sobie bakterii w cukrze na szkliwie i przeżyjemy. No to jogurt. Potem jeszcze „kabanoska”… OK, używam sprytu. Kabanosek będzie przy ubieraniu butów i kombinezonu. Zgadza się.

Tubiśki się kończą, dziecko całkiem zgodnie się ubiera (z kabanoskiem, a nawet dwoma). Jak się nudzi, to jestem karuzelą (dzięki za pomysł, TT) – tyle że podoba Jej się to tak bardzo, że sama postanawia zostać karuzelą dla misia. Rety, szybko wmówić Jej, że chce tego oto misia, którego widzę w zasięgu, a nie jakiegoś innego, który znajdzie (albo i nie) się po wyrzuceniu wszystkiego z dwóch wiader z pluszakami (niniejszym błagam Znajomych, nie kupujcie Ani więcej pluszaków!;-)…). Udaje się. No to Ania jest karuzelą, ja się szybko ubieram, smarujemy Anię kremem i już, można wychodzić.

Tramwaj ma być 11:36, wyszłyśmy z domu 11:24, powinno się udać. Ale tu popełniam błąd i uznaję, że lepiej nam będzie bez wózka (myślałam, że jest więcej śniegu na naszej skrótowo-przełajow3j drodze na przystanek między budową a eks-działkami)… Ania idzie, ale wolno, proponuję, że Ją trochę poniosę. 11:30 i już niemal widać przystanek, a tu nagle: tramwaj jedzie przed czasem, no to bieg… Ledwo przeżywam, jednak Ania już trochę waży, zwłaszcza w zimowych ubraniach. Ale okrętujemy się i… Ania zasypia mi na kolanach w tramwaju. OK, niech śpi, pewnie zbudzi się, jak dojedziemy.

Dojeżdżamy, śpi dalej. Wynoszę Ją na rękach z tramwaju… Śpi… Wchodzimy do kościoła… Śpi… Jak zwykle o 12 tłumy, ale jakoś przedzieram się do prezbiterium i siadam z Anią na rękach na schodkach przed balaskami przy starym ołtarzu. Tak jest w miarę wygodnie, choć wyglądam jak Pieta, i Kłocz idący do ołtarza uśmiecha się szeroko na nasz widok – jak na Kłocza to coś;-) No ok, musiał przed nami uklęknąć… Ale do tego już przywykłam, Ania uwielbia ten sektor kościoła i już parę razy wmieszała się między celebransów idących do ołtarza (zwłaszcza w Wielkim Poście, gdy miała fioletową kurteczkę, wyglądało to nieźle).

Myślę: śpiewy Ją zbudzą. I sama nie wiem, czy tego chcę, czy nie. Taka promocja, żebym mogła spokojnie słyszeć czytania i homilię zdarza się rzadko. Ale noga drętwieje, a ręce omdlewają. No dobla, jakoś wytrzymam.

Budzi się po modlitwie wiernych, niewyspana! No tak, pewnie zbudziły Ją mikroruchy nogi, której brakło dopływu krwi;-) Po 2 minutach – zamiast ruszać biegiem w kierunku ołtarza albo krużganków, nigdy nie wiadomo – oświadcza: „Ania wolałaby jednak na jączki”. Co wybrać? Rozpacz, która wygna nas z kościoła, czy pęknięcie kręgosłupa? Wybieram to drugie, dobrze, że można się oprzeć o balaski. Zresztą widać, że jest zmęczona, jakoś przeżyję.

Dotrwałyśmy do Komunii, Ania robi się bardziej rozmowna (już mnie niepokoiła ta cisza, na mszy się to nam nie zdarza), ale dalej chce być na rączkach. Po Komunii stwierdza, że może byśmy już poszły. Mój kręgosłup mówi: „Idźcie, ofiara spełniona”, więc się zgadzam i idziemy – Ania na własnych nóżkach, życie jest jednak lżejsze niż myślałam;-) Idziemy powoli, do błogosławieństwa dochodzimy do wyjścia, więc udało się w 100%…

Teraz tylko do domu… Normalnie po mszy Ania zasypia w domku i daje mi odetchnąć, ale przecie, gdy docieramy, jest wyspana i chętna do zabawy (pominąwszy awanturę przy rozbieraniu i spory w drodze do domu, gdy uznała, że jednak na rączki… – ostatnio ma nawrót noszeniakowatości)… OK, obiad Ją skusi. Skusił, więc chwila spokoju (wszystko jest spokojem w porównaniu z pięćsetnym wchodzeniem żabą na drzewo i wołaniem pszczółki na pomoc)…

A potem już tylko popołudnie z zabawą (jak dobrze, że przyszła Ciocia i już po godzinie Ania zgadza się z Nią też bawić), wieczór, powrót Taty (niech się pobawią pociągami, ja na chwilę zalegnę i wyprostuję plecy…, o nie, na mojej poduszce leżą – pięknie poukładane – ciasteczka!)…

Na szczęście po tym wszystkim zasnęła… jak dziecko;-) Ja też.

Kiedyś uznałabym taką matkę za zupełnie niewydolną wychowawczo. Dziś czuję dumę, że nikogo nie zamordowałam:-)

 

 

Reklamy

One response »

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s