O nieoczywistości rodzicielskich wyborów

Zwykły wpis

Ostatnio dużo myślę nad tym, jak bardzo nasze wybory (zwykle te zupełnie fundamentalne i często nieuświadomione) wpływają na to, jak kształtują się nasze relacje z dzieckiem, o co toczymy z nim wojny, co traktujemy jako porażkę, a co jako sukces wychowawczy.

To moje myślenie mocno współgra z bardzo dobrym tekstem Why ‚Superior’ is Subjective – Chinese Parents and French Parents Can’t BOTH Be Superior! umieszczonym na jednym z moich ulubionych blogów Little Hearts (Gentle Parenting Resources). Jego tytuł nawiązuje do dwóch artykułów, które ostatnio obiegły międzynarodową społeczność rodziców na facebooku (i oczywiście nie tylko) dotyczących rzekomej wyższości chińskiego tudzież francuskiego modelu wychowania (zapewne nad amerykańskim). Tekst z bloga Little Hearts pokazuje, jak bardzo różnią się cele rodziców w różnych modelach wychowania i jak pojęcie sukcesu zależy od tych podstawowych wyborów dotyczących tego, czego pragniemy dla (albo od) naszego dziecka. Tekst jest na tyle ciekawy, że warto by było go przetłumaczyć i chyba to zrobię. Póki co parę mniej ambitnych, a bardziej codziennych, impresji ode mnie.

Opieram się na kilku scenach, które zwróciły moją uwagę w kontaktach z innymi rodzicami, dziadkami i dziećmi, czy to na placu zabaw, czy spotkaniu większej grupy dzieci, rozmowach, etc. Wszyscy, o których myślę, mniej i bardziej mi znani, są bez wątpienia kochającymi rodzicami (babciami – na placach zabaw przed południem spotykam ich sporo i większość ma potrzebę skarżyć mi się na synowe i córki), w większości spraw zachowują się tak samo jak i ja… a czasem, nagle, obserwując ich relacje z dziećmi doznaję szoku, a może tylko zdziwienia… Wtedy uświadamiam sobie, że nasze podejście nie jest oczywiste, że naprawdę różne poglądy i aksjomaty stoją za wychowaniem dzieci.

O „nie wolno płakać” już pisałam. Często je słyszę. Ale bywa też (do własnego dziecka/wnuczęcia): „Ale z ciebie beksa/tchórz”… albo (do mnie): „No on/ona jest taki łobuz”, „Straszna gapa z niego” itp… Czasem myślę, że może to taka autoapologia, żebym ja sama źle nie oceniła, no to dają znać, że wiedzą, że z ich dzieckiem coś nie tak. No ale właśnie jakie nie tak? Że paromiesięczniak rozpłakał się, gdy moja ponaddwulatka podskoczyła? Że roczniak chce wziąć sobie zabawkę mojej Córki? (nie żebym rozdawała własność dziecka, bardzo się pilnuję, by nie pożyczać innym bez zgody Ani) Podoba mu się, więc chce. I masa tym podobnych sytuacji.

Bardzo smuci mnie, kiedy mamy czy babcie tłumaczą innym dzieciom, żeby nie płakały (jak na przykład Ania nie chce się z nimi bawić albo jak chce odebrać swoją zabawkę, albo jak cokolwiek niezwiązanego z moją Anią), „bo Ania nie będzie się chciała z wami bawić”, „bo Ani i jej mamie będzie przykro” etc. Nie wiem, jak reagować na takie teksty, więc tylko uśmiecham się życzliwie do małej delikwentki czy delikwenta, żeby wiedział, że wcale nie mamy nic do niego;)

Inna rzecz, która co i raz mnie zadziwia (ale nie na tyle często, bym przywykła): „No, jeszcze jedną łyżeczkę” (i do mnie: „Bo wie pani, ona by w ogóle nic nie jadła, jakbym jej przy tym nie huśtała na huśtawce”)… Dziecię wygląda na dobrze odżywione i szczęśliwe, tylko biedna mama lata za nim z łyżeczką po całym placu zabaw…

Także do Ani przy okazjach, jak je w towarzystwie: „No, twoja maskotka patrzy, czy wszystko ładnie zjesz” – przypomina mi się wtedy, że niektórzy uważają, że trzeba „wszystko” zjeść. Coś, czego nigdy nie pojmowałam, ale pewnie przez karmienie piersią – nie wiem, ile Ania je, nie wiedziałam tego nigdy, bo (jak ponoć mówił Fijałkowski): „Gdyby trzeba było wiedzieć, ile dziecko zjada, to pierś byłaby przezroczysta i z podziałką” czy jakoś tak… Nakładam jej na talerz tyle, ile mi się wydaje słuszne, ale rozumiem, że często jest to za dużo albo za mało, więc albo coś zostawi, albo poprosi o dokładkę.

Jest jeszcze sporo takich sytuacji. Nie piszę tego, by pokazywać, że jestem lepsza czy mądrzejsza niż ci inni – choć przyznaję, że uważam, że nie powinno się krytykować dzieci (zwłaszcza przed innymi), karmić w biegu na placu zabaw czy namawiać do jedzenia). Piszę o swoich autentycznych zaskoczeniach, które przypominają mi, że jednak się różnimy. Skłania mnie to też do zastanowienia, jakie dziwactwa czynię ja sama… Bo oprócz świadomych wyborów (np. że nie zmuszam ani nie namawiam do kolejnej łyżeczki) kieruje każdym, także mną, masa nieświadomych czynników.

Trochę autokrytyki: widzę, że i mną kierują lęki i że próbuję ustawiać Anię, zwłaszcza przed innymi, tak, by nie została źle oceniona (a może żebym ja nie została). Więc też przejmuję się, kiedy Ania unika towarzystwa (np. odwiedza nas ktoś z dzieckiem albo i bez, a Ania chowa się w swoim pokoju) – czemu zakładam, że musi chcieć z nami wszystkimi przebywać? Dawniej strasznie martwiłam się, że będzie chciała, bym nakarmiła Ją w miejscu publicznym (no i robiłam, co mogłam, by tego nie robić, a przecie równie dobrze mogłam wybrać karmienie i olać własne kompleksy). Że, naprawdę mi wstyd o tym pisać, robię coś czasem na siłę, i to zupełnie bez sensu, tylko, żeby pokazać, że tym razem wyjdzie na moje i naprawdę Jej „nie ulegam”.

Myślę, że za tym wszystkim stoi jakaś wizja dziecka, wizja rodziny, świata… I jestem przekonana, że warto ją sobie uświadamiać. Nie po to, by od razu negować swoje czy cudze wybory. Ale może po to, by wiedzieć, do czego się dąży i pytać się, czy zawsze warto staczać o to boje…

Pamiętam dyskusję na jakimś forum, jeszcze w czasach ciąży, kiedy inne ciężarne mamy pisały o tym, jak chcą wychowywać swoje dziecko. Jedna upierała się, że stawia na zrównoważony i wszechstronny rozwój (i faktycznie, przynajmniej z tego, co mówi, od początku o to dba, planując zabawy plastyczne, motoryczne, muzyczne i inne w odpowiednich proporcjach etc). Kiedy ja wspomniałam, że dla mnie super ważny jest rozwój emocjonalny i duchowy, i że religijność mojego dziecka też jest dla mnie ważna, czułam jej oburzenie, bo w jej wizji wszechstronnego rozwoju miejsca na religię nie było. Chyba czuła się atakowana, że ja jej pokazuję, że czegoś swojemu dziecku nie da.

A ja sama wiem, że (prócz tego, że i tak nie udaje mi się realizować większości ambitnych planów) zawsze jest coś za coś. Nie lubię rysować, więc za mało ćwiczę to z Anią. Za mało wagi przykładam do zdrowego żywienia, a mogłabym więcej. I jeszcze masa takich spraw. Może lepiej wiedzieć, że nie jest się od wszystkiego, ale też pozwolić, by w życiu dziecka pojawiali się ważni inni, którzy będą właśnie tacy: inni.

I może dobrze, że dziecko widzi, że nie wszystko jest oczywiste i ludzie są różni…

Reklamy

2 responses »

  1. Sądzę, że komentarze o których piszesz, mogą wynikać nie tyle z poglądów na wychowanie, co nieświadomym przenoszeniu relacji pomiędzy dorosłymi na relacje dorosły-dziecko.
    Sama czasem powiem do Męża „ty ciapo”, albo On o mnie, że jestem „gapa” i żadne z nas nie poczuje się niepełnowartościowe, bo poza wszystkim jesteśmy pewni naszej wzajemnej miłości i akceptacji. Łatwo zapomnieć, że dziecko odbiera świat inaczej i takie wartościowanie jego zachowań zamiast ich aprobaty i zrozumienia może mieć wpływ na to, że kiedyś nie będzie pewne niczyjej akceptacji (wiem o czym mówię, bo przeszłam daleką drogę od osoby zakompleksionej do dość pewnej siebie). Tej przytoczonej babci z placu zabaw nie przyszło by do głowy nazwać wnuka „głupim”, ale „gapę” serwuje mu na co dzień, bo to przecież nieszkodliwe, wręcz trochę zabawne słowo.
    Z tego samego bierze się „nie płacz – nic się nie stało”, bo trudno, naprawdę trudno zrozumieć (przynajmniej ja muszę się pilnować ;)), że podanie przez mamę nie tej książeczki jest wieeelkim problemem.
    Z drugiej strony, całkowicie niekonsekwentnie, traktuje się dziecko jak… dziecko. Czyli osobę, niesamodzielną, której nie można zaufać i za którą należy decydować (to niestety częste w pokoleniu babć). Stąd „zjedz wszystko”, „musisz zjeść mięso” czy „nie możesz założyć różowych skarpetek do zielonych spodni”. I jeszcze przekonanie, że jak się pozwala dziecku decydować, to wyrośnie na rozwydrzonego nastolatka – no cóż, wbrew Babci mojego Synka, mam nadzieję że nie.

    • Asiu, cieszę się, że znalazłaś czas na przeczytanie i komentarz, dziękuję! Zgadzam się tak w ogólności, ale jednak nie pasuje mi mówienie „gapa” czy „głupi” do dorosłego też. Jakoś dla mnie to by było trudne, ale domyślam się, że można mieć tu różną wrażliwość. Natomiast oczywiście co do dziecka nie możemy zakładać, że rozumie sarkazm etc, etc. Dzięki za inspirujące uwagi co do zaufania:-) Odzywaj się czasem jeszcze, proszę:-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s