Wkurzający cytat i próba odpowiedzi na dylemat

Zwykły wpis

Kilka dni temu na (inspirującej i fajnej) facebookowej stronie Women after God znalazł się cytat, który nie daje mi spokoju.

Na wszelki wypadek przekład: Jeśli to dla ciebie ważne, znajdziesz sposób. Jeśli nie, znajdziesz wymówkę.

Moje pierwsze odczucie było pozytywne. Tak, tak to ze mną jest. Są sytuacje, kiedy zdecydowanie wolę znaleźć wymówkę niż rozwiązanie. I kiedy już tę wymówkę znajdę, problem przestaje dla mnie istnieć. To jest dobry cytat, każe weryfikować zbyt łatwe wybory własnego sumienia i wierzyć, że warto próbować do upadłego.

Moje drugie wrażenie było negatywne. Przypomniały mi się opowieści o charyzmatykach, którzy modlili się o uzdrowienie, a kiedy nie następowało, dowiadywali się, że za słabo się modlili. Więc prócz choroby dostawali jeszcze poczucie winy. Przypomniały mi się historie ludzi, którzy próbowali coś osiągnąć za wszelką cenę, nie zważając, że naprawdę nie warto, że czasem trzeba odpuścić.

No więc jak to jest?

Jeszcze jako nastolatka dorobiłam się dzięki mądrym ludziom (chyba karmelitom z rekolekcji oazowych, ale głowy nie dam) zasady nazwijmy to hermeneutycznej, której trzymam się do dziś. Przy okazji, z biegiem lat i rozwojem zainteresowań rozszerzyłam jej motywację i zakres, ale zasada pozostaje. Początkowo dotyczyła Pisma i miała pochodzić od św. Augustyna (jeśli ktoś zna źródło, chętnie się dowiem). Sparafrazuję: „Bóg mówi właśnie tam, gdzie to, co jest w Piśmie, cię drażni”. Zgodnie z tą zasadą staram się rozumieć swoje wkurzenia.

I myślę, i myślę nad tym cytatem od paru dni.

Po czym rozpoznać, kiedy naprawdę warto szukać kolejnych sposobów, a kiedy można przyznać się do porażki i iść dalej?

Póki co mam roboczą odpowiedź. Wydaje mi się, że chodzi tu znów o cierpliwość. Cierpliwość z jednej strony pozwala nam się nie poddawać mimo przeszkód. Wierzyć, że przeszkody to tak naprawdę nie przeszkody, tylko szanse na zwycięstwo. Że prędzej czy później może się udać i warto próbować. Wierzę jednak, że cierpliwość to znacznie więcej. Że ona może nam pokazać, że pewne rzeczy można po prostu cierpliwie znieść, bo one są częścią naszego życia. Czasem nieusuwalną. Czasem poza naszym zasięgiem. Że może czasem i cel, i przeszkodę widzimy nie tam, gdzie trzeba, i warto rozejrzeć się szerzej i dalej, i głębiej.

Przed zbyt łatwym przechodzeniem obojętnie ponad problemami powinna mnie hamować (bo niestety nie zawsze hamuje) proste odniesienie do siebie. Bo mam wrażenie, że znacznie łatwiej nam o wymówkę, gdy chodzi o dobro bliźniego, a nie nasze własne. Próbuję więc mierzyć własną miarą. Ale ciągle czuję, że poddaję się za łatwo.

Przed zbyt upartym dążeniem do celu (a wiedzcie, że ci, którzy mnie dobrze znają, zwłaszcza Mąż, uważają mnie za zbyt upartą) broni mnie nieco przekonanie, poparte doświadczeniem, że już nieraz zabijałam się o jakąś pierdołę, nie dostrzegając problemów znacznie większych. Że czasem nasza fiksacja na jednej kwestii jest faktycznie ucieczką przed inną, tą, którą naprawdę powinniśmy się zająć.

Poza tym naprawdę widzę, wiem i doświadczam, że nie mam prawa narzucać swojego stylu innym. Że (zwłaszcza moi bliscy) mogą uważać i chcieć inaczej niż ja, i zabijanie się o to nie da nic. Że czasem zamiast na siłę kąpać dziecko, można dać sobie spokój i spróbować jutro, jak będzie lepiej wyspane i w dobrym humorze…

Nie lubię pobożnych frazesów i czasem aż nadmiernie boję się odezwać, by w nie nie popaść. Ale teraz się odważę. Wierzę, że sprawę tego, o co walczyć, a co zostawić, można powierzyć Bogu. I że On daje rozwiązania, które przekraczają zakres naszych pytań. Nie, nie spodziewam się, że „figura w kościele podniesie dla mnie rękę, raz jeden, jedyny” (jak w Veni Creator Spiritus Miłosza). Nie nasłuchuję głosów. Po prostu robię, co mogę i proszę, bym wiedziała, co robić. I… działa. Prędzej czy później działa. Ale mechanizmu ciągle nie rozumiem na tyle, by go opisać. Poza tym jeśli to mechanizm, to raczej po frazerowsku magia, a nie religia. Trudno mi więc wyobrazić sobie pełne pokoju życie bez modlitwy, choć nie neguję, że mogą istnieć ludzie, którzy jakoś to obchodzą.

A zatem cierpliwość i modlitwa, poparte miłością bliźniego. I jeszcze coś, o czym ja ciągle zapominam, miłością siebie samej, a może po prostu cierpliwością dla siebie. Przecież szukanie wymówek wynika z tego, że nie czujemy się fair. Przecież potrzeba jak najszybszego uwolnienia się od brzemienia obowiązku czy winy (czy to przez nazbyt pospieszne i uparte rozwiązywanie, czy przez zrzucanie z siebie odpowiedzialności) wynika z naszego lęku, że nie jesteśmy dobrzy, że jesteśmy z tym sami i że tak naprawdę nie poradzimy sobie.

Czyli co? Najważniejsze nie panikować? Zaufać. I Bogu, który jedyny nie zna niemożliwości. I bliźnim, którzy też mają swoją drogę. I sobie… Chyba tak to rozwiążę.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s